Pokój nr 1 - VI klasa

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Mistrz Gry on Sob 29 Paź - 14:35

Duże, przestronne pomieszczenie, w kształcie przypominającym koło. Utrzymane w czerwono - złotej kolorystyce. W dormitorium mieści się pięć łóżek, tworzących charakterystyczny okrąg, każde z kolumienkami w rogach, między którymi rozwieszone są rubinowe kotary, uszyte z tego samego materiału, co zasłony widniejące w wysokich, łukowatych oknach komnaty.
Po prawej stronie każdego z mebli stoi niewielka, wykonana z ciemnego drewna szafka nocna z kilkoma często zacinającymi się szufladami. Miejsce przy drzwiach należy do Heath Cole, podczas gdy to pod oknem jest własnością Rudy Griffin. Trzy następne łóżka przy ścianach zajmują Edward Hoytenberry, Marcin Wroński, oraz Gabriel Smith. Podłogę wyścieła gruby, czerwony dywan w złote wzorki, zaś jedynym źródłem światła są tu umieszczone na suficie lampy, również przyozdobione gwiazdkami. Z reguły nie panuje tutaj porządek, co się rozumie samo przez "się" - chłopcy przecież nie mają czasu na sprzątanie...
avatar
Mistrz Gry
Mistrz Gry

Liczba postów : 3066

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Wto 22 Lis - 14:22

Próbował lekceważyć ją, uznając za słabość to, co w rzeczywistości było jedynie zaletą. Usposobienie nie pozwala złamać jej jak każdego innego człowieka, w gruncie rzeczy czyniąc ją równocześnie silniejszą i bardziej bezbronną. Żaden czynnik zewnętrzny nie może wyrządzić jej choć najmniejszej szkody, gdyż sama niszczy się doszczętnie. Jeśli trzeba by ją bronić, to jedynie przed samą sobą.
- Nie miałam cię za głupca, Edwardzie- stwierdza z lekkim wzruszeniem ramion. - Nie lubię się powtarzać, wolę zostawić niedosyt - odpowiada, a w jej głosie brzmią nuty tej ironii, z powodu braku której Edward tak cierpiał. Skoro oferowała mu coś niewyobrażalnie lepszego, nieosiągalnego dla większości, może powinien się ciut poświęcić? Niesienie na rękach jest doprawdy niewielką ceną. - Jesteś gąsienicą, kapelusznikiem czy królikiem? - pyta, unosząc do góry jedną brew w dość prześmiewczym geście. Nim jednak zdąży zastanowić się, co tak właściwie zamierza zrobić, Edward już prowadzi ją labiryntem szkolnych korytarzy, kierując się w stronę wieży Gryfonów. Przez chwilę sądzi nawet, że może Hoytenberry okaże się prawdziwym mężczyzną i odprowadzi ją do jej pokoju, jednakże kiedy miast w stronę sypialni dziewcząt chłopak skręca w przeciwną, jego intencje stają się dla niej zupełnie jasne. Nadmierna ilość etanolu, znajdująca się w jej żyłach sprawia, że na tę chwilę zatraca własne przekonania, pozwalając genom zawładnąć ciałem. Nagle pragnie uwodzić, pragnie wodzić na pokuszenie, pragnie doprowadzać do zguby. Nadludzka uroda, którą zwykła uważać za swój największy mankament nagle staje się kartą przetargową. Drzwi zamykają się, odbierając jej drogę ucieczki. Zbliża się do Gryfona, zatrzymując się w tak niewielkiej odległości od niego, że ich ciała praktycznie się stykają. Lustruje go kokieteryjnym spojrzeniem, nieświadomie uwodząc samą swoją obecnością, jednakże gdy tylko dostrzega w jego oczach pojawiające się iskry pożądania, wymierza mu siarczysty policzek, by po chwili zatopić się w jego ustach i pociągnąć go za sobą do swojej Nibylandii.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Wto 22 Lis - 20:08

Ochronienie Charlotte przed samą sobą to na szczęście nie jego działka. Bez wątpienia wiele przedstawicieli płci brzydkiej, zgodziłoby się podjąć tegoż zadania, jednak Edward, nigdy nie pragnął zostać superbohaterem. Pozytywne postacie były - mówiąc otwarcie - nudne. Altruizm również nie został stworzony dla niego, jeśli się pominie fakt, iż młodzieniec nie wierzył w coś takiego. Każdy, prędzej czy później, będzie chciał otrzymać zapłatę za swoje dobro, jakże przecież bezinteresowne. Było to rzeczą naturalną i nikt nie powinien się tego wstydzić. Jedynie banda idiotów, która nakazywała udawać, iż tak nie jest, nazywając to wychowaniem, groziła karą boską, czy czym tam popadnie. Śmieszyły go takie absurdy. Chociaż jak patrzy na chylące się ku upadkowi społeczeństwo, był rad, że coś takiego jak wiara w siły wyższe jeszcze istniała. Niektórzy nie potrafiliby zachować się w miarę przyzwoicie bez ograniczeń. Natomiast Hoytenberry'ego wszelakie spętania wyłącznie irytowały, dając mu koleiny powód do buntu oraz nienawiści do wszystkiego.
- Zauważyłem, że uwielbiasz pozostawiać po sobie niedosyt. - Nie żeby to było coś złego. Edward, miał ogromny szacunek do dziewczyn, które mówiąc wprost, nie puszczały się na prawo i lewo. To jednak nie przeszkadzało mu w zawieraniu bliższych znajomości z takowymi pannami. Jakoś niespecjalnie wówczas myślał o nich jak o dziwkach, czy jak tam społeczeństwo uwielbiało nazywać kobiety, które lubią seks w takim stopniu jak mężczyźni. Rzekomo uczyniono ogromny postęp, ale nadal te same uczynki wykonywane przez wyzwoloną płeć piękną, są krytykowane przez ludzi. W równym stopniu przez kobiety. - Hm - zaczął się zastanawiać marszcząc brwi, patrząc na Lottie. - Jak wyjmę magiczne tabletki z mojego kufra, to mogę być nawet szalonym kapelusznikiem - powiedział z szelmowskim uśmiechem. - Ale jesteś za mała, żeby to zobaczyć - mruknął, chociaż byli w tym samym wieku. - Mentalnie jestem od ciebie starszy - wyjaśnił, na zapas, jeśli O'Donnell chciałaby skomentować jego dosyć błędną wypowiedź. A że wyłącznie iluzorycznie błędną, według niego, to już inna sprawa.
Kierując ją w stronę swojego dormitorium nie był do końca pewien, czy Lottie nie zaprotestuje. Wcześnie tego nie zrobiła, ale przecież w którymś momencie musiała. Nie słyszał jeszcze o przypadku, by Lottie kiedykolwiek zgodziła się na cokolwiek z facetem. Z drugiej strony przecież mogło to nie dojść do publiczności, czyż nie? Nawet Czarownica czasami nie mogła poznać wszystkich faktów z życia Hogwarckiej młodzieży. Dziewczę jednak podążyło z nim. Do jej sypialni zaprowadzić Gryfonki nie miał zamiaru - nawet mu to na myśl nie przyszło. W Hamiltona to nie bardzo chciał się zabawiać, tym bardziej, że zabrał się właśnie za Sophie, co było mu trosze na rękę. Chociaż ta przynajmniej nigdy nie trzasnęła go w twarz, co Lottie uczyniła bez krępacji. Przez chwilę zaczął się obawiać, że Gryfonka opuści jego pokojów, ale nic takiego nie nastąpiło. Za to zaczęła go całować.
- Melodramatyzm - szepnął jej do ucha, przestając całować. Widocznie nie udało się dziewczęciu wciągnąć go do jej Nibylandii. Podobało mu się to, co zrobiła, wyłączając tą scenę z dostaniem w twarz, ale widocznie chciał jeszcze pokusić los. Ewentualnie dla tych, którzy wierzyli w nieistniejącą dobroć Edwarda, można stwierdzić, że chciał dać dziewczęciu jeszcze jedną szansę na oddalanie się od jego karygodnego oraz haniebnego towarzystwa. Wszakże był czarną owcą w rodzinie. - Nie lubiłę melodramatyzmu - dodał, nadal szepcząc jej do ucha, następnie przegryzając lekko jego płatek.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Wto 22 Lis - 23:26

Altruizm był abstrakcyjnym pojęciem, jednakże nie powinno wykluczać się zwykłej pomocy. Niezależnie od tego, czy popartej oportunistycznymi skłonnościami czy też nie. Wyciągnięcie pomocnej dłoni do człowieka w potrzebie było ludzkim odruchem.
- Lepsze to, niźli dążenie do uzyskania wrażenia nadmiaru, do którego ty dość nieudolnie zmierzasz. - Lottie przynależy do tego wąskiego grona dziewcząt, które niezwykły puszczać się na prawo i lewo. I chociaż jej nogi wykazują kłopotliwą skłonność do rozkładania się pod wpływem alkoholu, gdy posiada pełną świadomość swoich czynów, niczym ognia unika kontaktów z płcią przeciwną. Nie czuje się komfortowo, zdając sobie sprawę, że w sporej większości ich afekt spowodowany jest jedynie pożądaniem jej powierzchowności. A przecież pragnie tylko, by ceniono ją za to, kim jest.
- Przypuszczam, że próba uświadomienia ci, że jesteś w błędzie i faktycznie przestałeś dorastać gdzieś w okolicach piątego roku życia, kiedy to już tylko rosłeś, okaże się równie bezowocna co przekonanie cię, że Święty Mikołaj nie istnieje.
Przecież po to tu przyszła, czyż nie? Wbrew pozorom, jakie może sprawiać, jest świadoma swoich czynów. Od momentu, w którym przekroczyła próg jego dormitorium, nie ma nawet najmniejszych wątpliwości, do czego to ich doprowadzi. Wiedziała, co stanie się prędzej lub później, postanowiła więc wziąć sprawy w swoje ręce, by móc przynajmniej iluzorycznie dyktować tempo i warunki. Charlotte uwielbia grać według własnych zasad.
Jednakże nawet pomimo silnego umotywowania jej działań, dzisiejszego wieczoru dominującą rolę odgrywa krążący w jej żyłach etanol, zamieniający Królową Śniegu w zwykłą szesnastolatkę, która dąży do przygody.
- Ja również - odpowiada spokojnym tonem. Nie dostrzega w swoich poczynaniach nawet cienia melodramatyzmu, zaczyna się więc zastanawiać, dlaczego Hoytenberry porusza ten temat. - To za to, co zamierzasz zrobić, na wypadek gdybym później zapomniała. Nie chcę być ci w niczym dłużna - wyjaśnia, nieznacznie odsuwając się od niego. Wypełnia pozostałą do przegięcia granicy pustkę niedosytem. Marszczy nos, podczas gdy głosy w jej głowie toczą ze sobą walkę; jedne, przyzwyczajone do tego, że do osiągnięcia celu wystarczy jedynie skinienie palcem, zdają się być zaintrygowane jego nietypową obojętnością, chcą go złamać, podczas gdy drugie zaczynają nudzić się próbą zdobycia jego uwagi. - Wygląda na to... - zaczyna, opierając dłonie na jego barkach, jak gdyby chciała na siłę zachować dystans między nimi. - ... że kiedy przychodzi co do czego, masz problemy z zachowaniem się jak mężczyzna. Nie martw się, twój sekret jest ze mną bezpieczny - nie boi się, że nagle ostudzi jego popęd. Chciała tylko spróbować sprowokować go do śmielszych działań, przyprzeć do ściany i pozwolić na złudne przejęcie kontroli.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Pon 28 Lis - 21:30

W takim razie ponad połowa społeczeństwa to zwykłe bydlęcia, nie używając w tym przypadku zbędnego eufemizmu. Bezinteresowna pomoc to rzadkość we współczesnym świecie, więc niech nikt się nie dziwi, że Edward altruistów ma za swoisty rodzaj mitu. Jakby nie patrzeć, lepszy dobry uczynek z korzyścią niźli żaden. Sam Hoytenberry, pragnący za wszelką cenę wybić się z pośród szarej masy, po przez bycie inną personą (sobą, jak to wielokrotnie powtarza) w tym przypadku tworzy daną społeczność. Do altruisty - nawet tych z legend - było mu dalej niż na drugi koniec świata. Bezinteresowna pomoc była dlań stratą czasu, nie wspominając już o tym, iż dobre uczynki to dla niego zło konieczne. Musiałoby go serducho ruszyć, a to niełatwa do wykonania rzecz. Nie obchodziło go nic, ani nikt, a co więcej był zdania, że każdy swoje problemy powinien rozwiązywać sam, ewentualne z najbliższymi. Edward ani nie kwapił się do tego typu zajęć, ani też dla nikogo nie był bliską osobą. Był to z pewnością kolejny dlań argument, aby nie zawierać bliższych relacji z ludźmi, czy to z kobietami czy to męską przyjaźń. Jeśli dalej sypać szczerością, Gryfon, szybko nudził się personami, z którymi utrzymywał kontakt, dlatego też często zmieniał znajomych. Nie potrafił prowadzić żadnych schematów, rutyna go zabijała, można rzecz. Nieustannie potrzebował czegoś nowego, nowszego, i jeszcze bardziej nowszego. Chociaż potrafił usiedzieć na jednym miejscu dłużej niż pięć minut to jakoś niespecjalnie uśmiechało mu się przebywać w towarzystwie osoby, z którą przebywa więcej niż powinien, gdzie więcej niż powinien to czas nie dłuższy niż kilka miesięcy w skrajnych przypadkach. Najczęściej jego przyjaźnie trwały raptem ponad kilka tygodni, aczkolwiek od wszystkiego bywają wyjątki, w tym przypadku także.
- Nie wierzę w coś takiego jak nadmiar, więc dlaczego miałby dążyć do czegoś, co jest wyłącznie iluzorycznym odczuciem? - zapytał unosząc brew do góry, po raz koleiny. Chyba się uzależnił od tego gestu. Jednak nie bardzo trawił mówienie mu, co robi, kiedy tego nie robił. Nie mógł dążyć do nadmiaru czegoś, ponieważ nie wierzył, że coś takiego w ogóle istniało. Chyba że nadmiar Lottie, bo jeśli coś takiego istnieje, to on ją chyba przedawkował dawno temu. Efektów ubocznych też się chyba nabawił.
- No dokładnie - zgodził się z dziewczyną marszcząc czoło. - Każdy przecież wie, że istnieje - powiedział z miną i tonem głosu godnego pięciolatka, którym rzekomo był.
Edward natomiast nie tyle, co uwielbiał grać według własnych zasad, co zawsze grywał według nich. A przynajmniej w większości przypadkach tak było, w pozostałych wydawało mu się, iż tak jest, więc większej różnicy mu to nie robiło. Jak to mówią: czego oczy nie widzą temu sercu nie żal. Te zdanie idealnie podsumowało dominację młodzieńca.
- Nie martw się skarbie, powiadają, że najgorszy to i tak jest dług wdzięczności. - Za dobre mniemanie o sobie prezentował już będąc berbeciem. Chociaż nie wątpił, że dać w twarz to Lottie by mu nie zapomniała, jednak z wdzięcznością za fenomenalny seks byłby problem. Jakby się tak dłużej nad tym zastanowić za to drugie pewnie też spoliczkowałaby. Znaczy się - nie no zero melodramatyzmu! Strasznie lubił jak go dziewczyny okładają, a później całują. Czuje się wówczas jak gwiazda badziewnego badziewia dla nastolatek. Hm, a może tak zostanie aktorem, by go dziadek wydziedziczył? Uniknie ślubu z Sophie.
Uniósł jedną brew do góry w irytujący sposób, i przekrzywił nieznacznie głowę w prawą stronę. Nie no żeby jakaś laska jeszcze mu sugerowała, że nie jest mężczyzną, albo że nie potrafi zachować się jak mężczyzna. Skandal jakiś po prostu. W pierwszym momencie chciał nawet usiąść na swoje łóżko, wyjąć jakąś książkę i zacząć czytać, aby to dziewczę zrozumiało, że ma ciekawsze zajęcia do roboty niż uganianie się za wilą, która na trzeźwo do łóżka by mu nie weszła z pewnością, gdyż nie potrafi się sama przypilnować i potrzebuje do tego Hamiltona, który chyba przeleciał pół dziewczyn w szkole. Urocze z nich towarzystwo. Na szczęście była to wyłącznie pierwsza myśl, a druga - którą wcielił w życie - była daleka od niej. Chociaż zdawał sobie sprawę, że Lottie najzwyklej w świecie go podpuszcza, jego męska duma wzięła górę nad wszystkim, co nosiło etykietkę Edkowe. Podszedł do dziewczyny, wypełniając przestrzeń między nimi, uśmiechając się filuternie, łapiąc dziewczynę za uda, przepasając je, następnie podtrzymywał dziewczę jedną ręką w pasie, a drugą zaplótł we włosy dziewczęcia, całując ją namiętnie, kierując się w stronę najbliższego łóżka. Dotarłszy do niego, położył na nie O'Donnell, nie przestając ją całować, przywarłszy do niej swoim ciałem także. Przerwę zrobił wyłącznie na moment, rozpinając raptem dwa guziki w swojej koszuli, gdyż po chwili znowuż powrócił do całowania dziewczęcia, pozbawiając ją równocześnie skórzanej kurtki.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Wto 29 Lis - 0:13

Gdyby poprosić Lottie o wypowiedź na ten temat (czego Edward ze swoim nastawieniem, jak już wszyscy doskonale wiemy nie uczyni) bez wahania, za to z ogromnym entuzjazmem rozpoczęłaby wykład o bydlęctwie ludzi. Jej punkt widzenia nie wiele ma jednak wspólnego ze stanowiskiem, prezentowanym przez Hoytenberry'ego, a niebywale owocna wypowiedź kręciłaby się głównie wokół dążenia do autodestrukcji, postępie industrializmu i urbanizmu, które skutecznie wyniszczały ziemię do cna oraz bestialstwie własnego gatunku w niszczeniu przyrody. Wszak Charlotte nie zamierza siedzieć bezczynnie i patrzeć na to, jak ludzie szkodzą sami sobie, jak dla iluzorycznego pojęcia postępu niszczą wszystko to, co piękne, bezcenne i niemożliwe do odtworzenia w swojej poprzedniej formie. Gryfonka działa, tak jak ją przyuczył ojciec podczas kilku odsiadek w areszcie, a nie wykazuje bierną postawę.
Jeśli jednak wrócić by do altruizmu, od którego Lotka z pewnością szybko odejdzie, należałoby zwrócić uwagę na to, że w koncepcji Edwarda istniały pewne luki, momentami ocierające się o hipokryzję. Bo czy jeśli ludziom powinni pomagać najbliżsi, on sam nie powinien pozostawać w dobrej komitywie z własną rodziną? Nie trzeba być geniuszem, by nie zauważyć wojny podjazdowej, jaką prowadzili ze sobą bracia Hoytenberry, co nasuwało jeden wniosek - Eddie w gruncie rzeczy sam nie miał na kogo liczyć. Oczywiście, w tym momencie Lottie zdołałaby już ułożyć milion teorii, usprawiedliwiających jego nastawienie do życia i okrzyknęłaby, że skoro sam nigdy nie odczuł oparcia w drugim człowieku, nie może zrozumieć siły tego pojęcia i należy mu to jak najszybciej zapewnić, aby mógł zorientować się, co tracił przez tyle lat, zrywając kontakty po kilku miesiącach, jeśli nie tygodniach.
- Bo brakuje ci czegoś, w co mógłbyś wierzyć? - odpowiada pytaniem na pytanie, tonem wskazującym na to, że odpowiedź jest zbyt oczywista, by ubierać ją w formę stwierdzenia. Dziewczę ma własną koncepcję dotyczącą jego osoby i jest święcie przekonana o jej trafności - już dawno postawiła hipotezę, teraz pozostawało jeszcze rozwinąć argumenty, który przekonałyby go do jej toku myślenia.
- Właśnie o tym mówię. Łatwiej jest ci przyjąć do świadomości istnienie Mikołaja, aniżeli własną omylność. Nie długo zaczniesz karmić sam siebie kłamstwami, aby tylko utrzymać to przeświadczenie, oczywiście o ile już tego nie robisz - wzrusza ramionami, podsumowując jego zaufanie. Bo przecież przyznał jej właśnie rację.
Jako narratorka Charlotte, pozwolę sobie przytoczyć ulubione powiedzenie mojej babci: prawdomówność jest oznaką prostactwa. A prawdomówność i grę wobec zasad niewiele dzieli - zdawałoby się, że są do siebie niebywale podobne.
- Możesz się już przygotowywać na jego spłatę - odpowiada z niebywałą pewnością siebie. Wszak ona ma prawo dać ma w twarz, ma prawo powiedzieć, że nie panowała nad własnymi odruchami pod wpływem alkoholu (co z resztą było zgodne z prawdą), jednakże w tym wypadku to on powinien podziękować za niesamowity seks. Jeśli jeszcze nie jest tego świadom, oznacza to jedynie, iż do tej pory nie gościł w swoim łóżku wili. Bo czyż one nie zostały powołane właśnie w tym celu? By doprowadzać mężczyzn do szaleństwa?
Lottie niczego mu nie sugeruje, Lottie jedynie stwierdza fakt, pewna jego słuszność. Z resztą, nie uważa by wyznacznikiem męskości były jego zdolności do prokreacji, których zapewne Edwardowi odmówić nie można, jednakże cały szereg innych, których Gryfon niestety w jej oczach nie posiadał. Podczas gdy on rozpoczął swój popis, ona nawet nie zaprotestowała, poddając mu się zupełnie - niech ma satysfakcję. Oddaje pocałunki, wykazuje się kokieteryjną, choć zupełnie nienachalną inicjatywą. Nienawidzi swojej długiej sukienki, która zaczyna przeszkadzać, znacznie ograniczając jej ruchy.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 11 Gru - 23:52

Można by tu teraz rzec, że Edward, posiadał kiedyś dobre stosunki ze swoją rodziną, ale niestety byłaby to nieprawda. Odkąd Gryfon nauczył się niezależnego myślenia (a nie trwało to nazbyt długo, chociaż początkowo będąc małym dzieckiem, jego zachowanie oraz jakieś tam poglądy, były zwykłym okazem wredności) zaczęto go uważać za czarną owcę w familii Hoytenberrych. Czystość krwi oraz status społeczny nie miały dla niego większego znaczenia. Można się jednak doczepić, iż nie zwraca na ten drobiazg uwagi, gdyż należy do czarodziejskiej arystokracji. Posiadając wszystko to, o co prowadzone są niejedne brewerie, łatwo jest mniemać, iż rzeczą arcyważną albo nawet ważną to nie było.
Edward wierzył w niejedną rzecz, które jednak dadzą się wyrazić w jednej zwięzłej wypowiedzi: wierzył wyłącznie w swoje racje, innych nie uznawał. Każdy, kto posiadał poglądy inne on niego, był po prostu głupcem, nie mającym o świecie bladego pojęcia.
- Nie no coś ty! - zaczął udawać podekscytowanie, co w jego wykonaniu mogło się wydać niektórym jednostką nieco przerażające. - Wierzę we wróżki po absyncie - zaczął drapiąc się po kilkudniowym zaroście - i doznania po spożyciu Ayahuaski. - W to drugie to naprawdę wierzył, a to pierwsze to zwykła bujda! Stracił tylko galeony. Żadnych zielonych stworów nie ujrzał, skandal po prostu. Żeby tak niewinnych smakoszy trunków okłamywać, żerując na nich w dodatku. Natomiast rozwodzić się nad przeżyciami po tym drugim alkoholu mógł ile wlazło. Szamani jednak wiedzą, co dobre. - Skarbie, moja omylność nie istnieje - wywrócił oczami, a następnie dodał ze skwaszoną miną. - I nie kłam, że Mikołaj nie istnieje. - Naigrawanie się z ludźmi wchodziło w jego zakres codziennych rzeczy, robiących dla rozrywki. Dla czepliwych było to po prosty hobby.
- Nie miewam długów - odparł równie pewny siebie, unosząc chyba etny raz brew podczas konwersacji z Lotką. W łóżku z wilą nigdy nie był, bo i nigdy takowej nie poznał. Z dziewuszką, która była posiadaczką w jakimś tam stopniu genów tychże uwodzicielek, także. Poza tym Edward, należał do osób niezwykle egoistyczny i za nic w świecie nie przyznałby, iż dobry seks może być w większej mierze zasługą kobiety. EWENTUALNIE może być to zasługa obu partnerów, po równo. Aczkolwiek z przeważaniem zasług Hoytenberry'ego.
Po raz pierwszy tego wieczoru chyba Gryfon, zgodziłby się z nią. Sukienka była tutaj czymś zbędnym, tak więc oderwawszy się od dziewczęcia, zaczął z niej ją ściągać, niespiesznymi ruchami. Mu przynajmniej się nigdzie nie spieszyło. Po chwili zaczął również siebie pozbawiać górnej części garderoby, tym razem niemozolnymi ruchami.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Pon 12 Gru - 0:24

Tego również nie potrafi zrozumieć - jak można nie mieć dobrych kontaktów z rodziną? Przecież to ludzie, którzy zawsze dbają o swoje dobro, którzy zawsze są gotowi wstawić się za sobą. Czy nie tak właśnie powinien na nich patrzeć? Lottie niewiarygodnie kocha swoich rodziców, choć właściwie nie do końca potrafi zrozumieć to uczucie. Z ojcem żyła w komitywie odkąd tylko pamięta, matka choć nigdy nie potrafiła ich zrozumieć, nigdy nie krytykowała, tylko wspierała. Czy nie tak powinna wyglądać rodzina?
- Dlaczego taki jesteś, Edwardzie? - pyta, przyglądając mu się z ciekawością. Nie da się ukryć, że znowu to robi. Znowu bezczelnie ignoruje jego kpinę. Znowu kończy wątek bez pozwolenia, bez wyraźnego powodu zaczynając kolejny.
- Udowodnij to - rzuca mu wyzwanie. Nawet przez chwilę nie wątpi, że Edward mógłby nie podnieść rękawicy. Mimo wszystko, jest Gryfonem, prawda? Tiara nie przydzieliłaby go do tego domu tylko dlatego, że chciałby zrobić na złość swojej rodzinie, której członkowie od lat są Ślizgonami. A wychowankowie Gryffindora zwykle mają to do siebie, że nie przepuszczą okazji, gdy mogą się jakoś wykazać - czy też obronić swój honor, jak już kto woli. W każdym z tych przypadków, racja i tak znajduje się po stronie Lotki.
Unosi do góry biodra, pomagając mu w pozbyciu się swojej sukienki. Całuje go z coraz większą zachłannością, jej dłonie błądzą po jego ciele, starając się nasycić bliskością jego ciała. Powolność powoli zaczyna ją nudzić i gdy wraz z upływem kolejnych sekund nie dzieje się nic, co doprowadziłoby ją do ekstazy, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Szybkim ruchem zamienia się z nim miejscami; przez chwilę zawisa tuż nad nim, wspierając się na szczupłych rękach i posyłając mu kpiący uśmiech, by wreszcie zacząć obdarzać pocałunkami jego klatkę piersiową, kierując się coraz niżej. Czy Edward tego chce, czy też nie, Charlotte właśnie zamierza załadować go na statek, zmierzający do Nibylandii.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Pon 12 Gru - 18:51

Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby któryś z jego braci wstawił się za nim albo wsparł go w czymkolwiek. Była to rzecz tak absurdalna, że nawet Edkowi nie przyszła nigdy na myśl. Był to ewenement, którym rzekomo był on sam w familii Hoytenberrych. Odkąd przekonano się o jego poglądach, stał się czarną owcą tej rodziny; młodzieńcowi któremu najwyraźniej w czterech literach się poprzewracało. Czystość krwi nie była dla niego manią, ani majątek zresztą także. Bycie mugolem, czy też szlamą, nie wzbudzało w nim żadnych emocji, a już w szczególności nawet nie czuł odrobiny pogardy, o ile ów persona była wartościowym człowiekiem. Nie jego winą przecież było, że takowe jednostki były w obecnych czasach rzadkością, a poza sobą samym nie spotkał jeszcze człowieka, który spełniałby te wymogi. Nienawidził wszystkiego, co stąpa po tej ziemi, nie bacząc czy to mugole czy czarodzieje czystej krwi. W pewien sposób można być nawet z niego dumnym!
- Krytykujesz moje zachowanie prezentujące, że mniemam, iż jestem nieomylny? - również zaczął udawać, że wypowiedź dziewczęcia nie miała miejsca, nawiązując do poprzednich. Poza tym jego nieomylność była prawdą, o czym Lottie kiedyś się zapewne dowie, jeśli będzie jej dane. - Hipokrytka z ciebie - powiedział patrząc się na dziewczę, które tak jak on, myślało, że jest nieomylne. Bo czym innym jest uparcie twierdzić jaki jest Edward, chociaż nawet się go nie znało, a co więcej sądziło, że ma się rację. Nikt nigdy tak naprawdę nie pozna Gryfona, a już tym bardziej nie pozwoli na poznanie siebie O'Donnell, która mogła być wdzięczna siłą wyższym za aparycję. Poniekąd było to nawet ironiczne - Lottie nie cierpiała tego, że faceci patrzą, i najchętniej potraktowali by ją, jak kawał mięsa, a jej geny są głównym powodem tego, że właśnie znajdują się razem w jego dormitorium.
No cóż, Lottie tutaj ma rację. Tiara bynajmniej nie przydzieliła go do Gryffindoru po to, by zrobić nazłość Hoytenberry'm. Chociaż Edek czasem sam, jak inni ludzie, podejrzewał, że był to główny powód nieumieszczenia go w tym domu. Od dzieciństwa żył w przekonaniu, że właśnie tam trafi. Byłoby nawet ciut absurdalne, gdyby trafił gdzie indziej. Dziwnym trafem tak właśnie się stało - wypadki chodzą po ludziach, jak to mawiają mugole.
Nie przyzna tego sam przed sobą, ale to, że pozwolił dziewczęciu na przejęcie inicjatywy coś znaczyło. Gdyby jednak kiedykolwiek Lotka mu to wytknęła zrzuciłby to na jej geny. Zawsze to jakieś rozwiązanie, czyż nie? Chociaż jeśli tak dalej pójdzie to rzeczywiście będzie miał, apfe!, dług wdzięczności wobec niej. I jakoś spodobało mu się to, że zabiera go do swojej Nibylandii.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Pon 12 Gru - 20:30

To dowodzi jedynie faktu, że Edward wychował się wśród patologii, co najpewniej wpłynęło na ukształtowanie jego charakteru. Charlotte nigdy nie pomyślałaby, że tak może wyglądać rodzina: że może krytykować, nie uznawać racji, traktować niczym odmieńca. Nie taka jej rola, nie po to istnieje. Powinna kształtować umiejętność samodzielnego myślenia, a nie narzucać utarte schematy i wymagać ich przestrzegania.
- Nie, próbuję zrozumieć rządzące tobą mechanizmy - odpowiada z wyczuwalną nutą dezaprobaty. Oczywiście, doskonale zdaje sobie sprawę, że próbując dotrzeć do genezy jego zachowania, niewątpliwie je krytykuje, jednakże nie zamierza zawracać sobie głowy tak błahymi szczegółami. - Zdarza się najlepszym. Nikt nie jest idealny - kolejne wzruszenie ramionami, kolejna nieudana próba wyprowadzenia jej z równowagi. Lottie nie uważa się za personę nieomylną - uparcie praktykuje swoje człowieczeństwo, a wszak mylić się jest rzeczą ludzką. Inna sprawa, że jest przekonana o tym, że zawsze ma rację: bo to w jej mniemaniu zupełnie się nie pokrywa. W gruncie rzeczy nie ma w tym ani grama ironii. Nie zamierza nikomu dziękować za swoje geny, zwłaszcza, że dzięki nim znalazła się z nim tu i teraz. Nie chce tego. Gdyby nie kierował nią pulsujący w żyłach alkohol, nigdy nie dopuściłaby do takiej sytuacji. Nigdy nie pozwoliłaby mu dotykać się w ten sposób, nigdy nie pozwoliłaby sobie na takie zachowanie. Kiedy tylko miejsce etalonu zajmie na powrót chłodny rozsądek Królowej Śniegu, cała namiętność stanie w całkowicie odmiennym świetle.
Nie śpieszy się, choć wyznaczane przez nią tempo nie jest zbyt wolne. Frywolnie bawi się jego ciałem, przemykając się ustami po jego czułych miejscach, błądząc szczupłymi palcami po jego zakamarkach, badając je cal po calu. Śmieszy ją kontrola, którą nad nim zyskuje wraz z przyśpieszonym, spłyconym oddechem; ma pełną świadomość tego, co czuje Edward, który nagle stał się jej dobrowolną ofiarą. Wie, że krew gotuje mu się w żyłach, wie, że za chwilę zupełnie zapomni, iż posiada rozum. I dopiero, gdy drobnymi pieszczotami doprowadza go na skraj szaleństwa, decyduje się na punkt kulminacyjny. Dopiero wtedy jego męskość znajduje się w jej ustach, dopełniając wszystkiego.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Sro 28 Gru - 0:17

Gdyby nie fakt, że jego poglądy nie były uzależnione od innych, nie zdawałby sobie sprawy, iż normalną rzeczą jest nie narzucanie innym własnego zdania. Chociaż trzeba przyznać, że krytykować arystokrację, a przede wszystkim familię, między innymi za to potrafił, a sam gardzi personami, które mają odmienną opinię od niego. Hipokryta, można rzec. Ale cóż innego się spodziewać po młodzieńcu wychowanym w otoczeniu prezentującym takowe zachowania? Zdawał sobie sprawę i potępiał wyczyny arystokracji, a ci co nie wierzą w ewenement jakim był Edek mawiali, że niekiedy wyłącznie z przyzwyczajenia. Istniały także jednostki, które za nic w świecie nie chcą uwierzyć, że młody Hoytenberry brata się z mugolakami bądź nie ma z tego jakichkolwiek korzyści. Jednak brata się to może za dużo powiedziane. On z natury nienawidził wszystkiego, co stąpa po tej ziemi, a zgorzknienie jest jego nieodstępującym na krok towarzyszem. Wspaniała przyjaźń od zarania dziejów aż po kres egzystencji. Byłoby to nawet poetycznie dramatyczne, gdyby nie to, że faktycznie Edward był zgorzkniały, a nawet pojęcie takie jak miłość nie istniało w życiu Gryfona.
- Nic mną nie rządzi - obruszył się, gdyż wierzył, że jego znane wszystkim humorki nie istniały, nazbyt częste dodać trzeba. Najdrobniejsza drobnostka taka jak spojrzenie pierwszaka z przypadku spode łba, mogło spowodować wyżycie się na nim, odjęcie punktów ile się dało, nawet jeśli biedny malec był z Gryffindoru. Późniejsze skutki tegoż z pozoru niewinnego zajścia były o wiele gorsze. Obrywało się wtedy dosłownie każdemu. Czasem aż cud, że jeszcze żył, albo nie wyleciał ze szkoły. Nie wspominając o odznace prefekta, w której jest posiadaniu, bo toż to była prawdziwa zagadka dla wielu uczniów Hogwartu. Jak nic jakaś łapóweczka musiała być! Inne wytłumaczenie nie istniało dla niektórych adeptów magii. - To dlaczego mnie męczysz? - zapytał wprost. Skoro ludzi idealnych nie było to po jakie licho dociekała do czegoś tam, czy co tam ona robiła, a w efekcie czego irytowała go wyłącznie. Gdyby nie jej geny wili dawno by się z dziewczęciem pożegnał. Właściwie niekiedy zastanawiał się, czemu Lotce drzwi jeszcze nie pokazał. Ale później otaksowywał ją wzrokiem i sobie przypominał.
Chociaż Lottie myli się w wielu kwestiach dotyczących Edwarda, to przewidziała trafnie fakt, że zapomni, iż ma rozumu; dawała mu pełnie rozkoszy. O ile wcześniej kobieta irytowała go niemiłosiernie, tak teraz dziękował siłą wyższym, że nie pozbył się Królowej Śniegu. Mógł nie przyznawać przez nią, że to on ma dług wdzięczności wobec niej, ale przed sobą nie był wstanie.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Sro 28 Gru - 0:43

W gruncie rzeczy, niewiele różnił się od swojej rodziny. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że dobrowolnie brnął w propagowane przez nich zasady, wmawiając samemu sobie, że działa przeciwko nim. Wyznawał te same ideały jedynie w innej otoczce: gardził ludźmi bez wyraźnego powodu, nie dopuszczał do siebie zdania innych, nie potrafił dostrzec własnego błędu. To już nie hipokryzja, to wpędzanie się w szaleństwo.
- Mylisz się, Edwardzie. Nie dość, że sam sobą rządzisz, to jeszcze nad tobą wisi przeznaczenie - odpowiada, znowu ignorując wszelkie oznaki jego oburzenia. Musiała wytknąć mu błąd, musiała sprawić, że sam go zauważy. Bo tylko to mogło zmienić jego sposób postrzegania świata, z powodu którego tak bardzo było jej go szkoda. - Bo ktoś musi, Eddie. Ktoś musi o ciebie dbać i się tobą opiekować - zauważa ciepło, opierając dłoń na jego ramieniu. Spogląda na niego swoimi wielkimi, ciemnoniebieskimi oczami i posyła mu szczery, przyjazny uśmiech. Nie zrezygnuje ze swojej misji, niezależnie od tego, jak bardzo będzie ku temu dążył. Nie da się mu złamać.
Delikatnie ssie główkę jego męskości, przemykając szczupłymi palcami po jego wrażliwszych miejscach. Słyszy spazmatyczny oddech, czuje jego dłonie zaciskają się na jej gęstych włosach i odnosi dziwne wrażenie, że wśród nieokreślonych jęków często figuruje również jej imię. Krew zaczyna buzować jej w żyłach, a geny przejmować kontrolę nad ciałem. Powoli przestaje zdawać sobie sprawę z własnych poczynań; oczy zaślepia jej mgła pożądania i już nic nie może powstrzymać ich od upadku. Wreszcie dopina swego, gdy ejakulat wypełnia jej usta. Dzielnie przełyka go i podnosi się na przedramionach, by zawisnąć tuż nad nim i posłać mu lekceważący uśmiech zaprawiony nutą kpiny. Teraz jego kolej; teraz to on ma wykazać się inicjatywą i wziąć ją. Tu i teraz.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Sro 28 Gru - 23:25

Z pewnością tak było, ale mu wydawało się niestety, iż diametralnie różni się od swojej familii. Więcej było różnic pomiędzy nimi, niźli rzeczy wspólnych, według młodzieńca. Te które można było wrzucić do worka z drugą etykietką to wyłącznie elementy wyglądu zewnętrznego. Uparcie twierdzi, że z rodziną łączy go tylko nazwisko i nic poza tym. Biada temu, co zacznie przy nim wygłaszać farmazony, jakoby było inaczej. Hoytenberry'ch i wszystkiego, co z nimi wspólne, nienawidzi z całego serca. Wystarczy spojrzeć jaką przez nich marną egzystencję wiedzie. Rzekomo jego byt powinien być usłany różami i inne duperele, skoro był bogatym dzieciakiem, a jak widać daleko mu do tego stereotypu. Poza wyszczekaniem, egotyzmem i kilkoma innymi... Przynajmniej nie czuje się szczęśliwie. Wręcz przeciwnie. W splin jeszcze nie popadł, co prawda, ale patrząc na Sophie powoli zaczyna go doświadczać. Bardzo miło, iż Hogwart jest przestronnym miejscem, a on jeśli nie chce, nie musi oglądać jej młodzieńczej twarzyczki. Gdyby te przypadkowe spotkania na szkolnych korytarzach przeistoczyć w ich całkowity brak byłoby perfekcyjnie, ale jak to wiadomo w życiu nie można mieć nawet połowy tego, czego się chce. Zdawać by się mogło, że im bardziej czegoś pragniemy, los zaostrza nam tylko na to apetyt i nic poza tym. Jak to ktoś kiedyś powiedział: cierpienie jest nieodłącznym elementem naszego życia. W miarę upływu lat pojawia się wyłącznie jeszcze większa ilość zmartwień, a te które wydawały nam się najokropniejszą męczarnią na tym święcie, jeszcze bardziej potęgują, aby nigdy nie osiągnąć swojego apogeum, gdyż ono nie istnieje.
- Nie uważam, żebym komuś uprzykrzał życie tym, że sobą rządzę - stwierdził, chociaż było zupełnie inaczej. Niestety, Edward sądził, iż mówi prawdę. - A nawet jeśli to nie moja sprawa - mruknął. - I nie widzę nic złego w tym, że sobą rządzę! - oburzył się sądząc, że właśnie tak powinno być. - Grunt, że kto inny mną nie rządzi. - Do tego nie byłby wstanie dopuścić ze względu na swoje poglądy dotyczące wolności. Bidoczek niestety nie dostrzega, iż nie jest wolną jednostką z powodu swojego dziadka. A przynajmniej nie dopuszcza tego do swojej chorobliwej świadomości.
Hoytenberry nie spojrzał pogardliwie na dziewczę w odpowiedzi na jej kpiący uśmiech (co było dziwne jak na niego, ale po takim wyczynie to jej zaoszczędził, jakby to tak naciągnąć), ani nie uniósł brwi, bądź nie wykonał innego gestu, który by świadczył o pogardzie do tej istoty. W dalszym ciągu, a i nawet bardziej, był rad, że nie kazał jej wyjść z dormitorium. Po skończonej przyjemności, którą mu zaserwowała, przyszła kolei na niego. Przewrócił młodą kobietę na plecy, tak, aby to on znajdował się na górze. Jednym zwinnym ruchem pozbawił ją reszty bielizny, i zbliżył się fizjonomią do jej kobiecości, aby zacząć ssać jej łechtaczkę.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Czw 29 Gru - 15:37

Wrażenie, iluzoryczność, pozory... właśnie tym karmi sam siebie. Bo gdyby w rzeczywistości nie chciał mieć nic wspólnego z własną rodziną, nie wykorzystywałby w praktyce wpajanych przez nich ideałów i nie wykonywałby tak sumiennie wszystkich ich poleceń. Ożeni się ze znienawidzoną przez siebie dziewczyną, bo tak postanowili. Będzie odgrywał dziedzica fortuny, bo tego od niego oczekiwano. Choć sam tego nie dostrzegał, grał według ich zasad, minimalnie modyfikując ich formę.
- Tego nie powiedziałam - sugeruje, gryząc się w język, aby nie dodać, że tak właściwie rządzi nim również mały dyktator, tak jak każdym mężczyzną. - Chodzi mi o to, Eddie, że gdybyś sam nie widział nic złego w tym, że nie pozwalasz na dostęp do siebie innym czynnikom, nie zaprzeczałbyś tak gorliwie.
Można odnieść wrażenie, że całe życie Edwarda opiera się na naciąganiu i naginaniu faktów, aby przypadkiem nie musiał się przyznać, że w istocie jest li i jedynie człowiekiem z krwi i kości, nie jest tak bardzo zepsuty, na jakiego się kieruje i wbrew pozorom posiada jakieś uczucia. Dziwnym trafem, owe wrażenie wcale nie jest dalekie od prawdy.
Lottie nie protestuje, gdy w przeciągu chwili znajduje się pod nim. Mogła oddać mu inicjatywę, jeśli to właśnie pozwoli mu poczuć się bardziej męskim. Chociaż spodziewała się czegoś innego, chętnie odpowiada na tę zmianę planów. Nie protestuje się, nie opiera, a wręcz przeciwnie - pozwalając zachować mu złudzenie, iż wszystko znajduje się w jego rękach, subtelnie nakierowuje go na swoje najwrażliwsze miejsca. Układa się wygodnie na poduszkach, wsuwa dłonie w jego włosy i zaciska na nich palce w sposób najbardziej pobudzający. Potem pozwala sobie na chwilę zatracić się w przyjemności rozkosznych westchnień.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 8 Sty - 14:26

Edward mniemał, iż nie ma żadnego wyjścia. Mógł oczywiście sprzeciwić się swojemu dziadkowi, ale nie wyszłoby z tego nic dobrego. Chyba obawiał się następstw swego buntu, których skutki wyłącznie on odczuje. Jednak gdyby Lottie powiedziała mu to w twarzy, odparłby tylko, że nie pochodzi z arystokracji i nie wie jak to jest. Argument niczym: bo nie - dobry na wszystko. Ale nie strojąc sobie żartów. Hoytenberry, nie chciał zrozumienia dziewczęcia i nawet go nie oczekiwał. Cóż ona może wiedzieć o świecie, w którym on się obraca? Skoro nie potrafi zrozumieć, dlaczego się nie może przeciwstawić temu wszystkiego, nie pojmuje tego, czego nigdy nie będzie wstanie pojąć. To było skomplikowane, stwierdzając pospolicie. Nie oczekiwał zrozumienia od Lottie, ani od kogokolwiek spoza jego kręgów. Właściwie nie pragnął otrzymać zrozumienia od nikogo. Było dobrze jak jest. Na głos nie uskarżał się na swój los, a przynajmniej tak sądził, i nie otwarcie. Może widząc Sophie, postronny obserwator przyuważyłby, iż zbiera mu się na wymioty, jeśli to podchodzi pod uskarżanie się na przeznaczenie wymyślone przez dziadka.
- Zaperzam - zaczął mówić rzeczowym tonem - ponieważ tak nie jest, a nie dlatego, że nie dopuszczam do siebie takowej myśli. - Wywrócił beznamiętnie oczami, uważając, iż od pewnego czasu tłumaczy rzecz, którą nawet kilku letnie dziecko pojęło w mgnieniu oka, a Lottie ma z tym znaczny problem. - Nie będę się przyznawał do czegoś, czego nie robię - to chore - podsumował chcąc w duchu zakończyć tą konwersację o wyimaginowanej wadzie Edwarda, bo właśnie takie zdanie miał na temat rozmowy z nią.
A on wolał mieć chociażby złudną świadomość, iż wszystko znajduje się w jego rękach. Był w końcu mężczyzną! Po odwdzięczeniu się Lottie, bo przecież długo wdzięczności zamiaru nie miał mieć! Był Edwardem H., wobec którego to się ma długi, a nie na odwrót. Wszedł w nią energicznym ruchem, poruszając się w niej szybko, doprowadzając dziewczę do rozkoszy.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Nie 8 Sty - 14:55

Wyjście istnieje zawsze, pytanie brzmi tylko, ile zadamy sobie wysiłku, by je odnaleźć. Przyjmując los takim, jakim on jest nie ma co liczyć na to, że dziwną siłą nagle się on odmieni. Człowiek jest kowalem własnego losu i to jego decyzje wpływają na to, jak ułoży się jego życie. Może i Lottie niewiele wiedziała o arystokracji, jej zwyczajach i prawach nią rządzących, a wręcz przeciwnie - życie w ubóstwie od lat najmłodszych wykształciło w niej zupełnie inne mechanizmy, jednakże mniemała, iż zdolność empatii pozwoli jej postawić się na jego miejscu i pomóc mu znaleźć rozwiązanie.
- Nie zaperzaj - prosi cichutko, ujmując jego twarz w swoje dłonie i delikatnie głaszcząc jego policzek kciukiem. Świdruje go spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu, jak gdyby starała się przejrzeć go na wylot, dotrzeć do jego sedna. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak opiera się, by ją odpychać.
Jego organ wypełnia ją do tego stopnia, że ruch wewnątrz niej staje się całym światem, ruch coraz szybszy, z którym łączy się parzący twarz oddech, gdy wychodzi naprzeciw jego pchnięciom. A po chwili rozkoszy nadchodzi mróz. Choć krew wciąż buzuje w jej żyłach, mieszając się z upajającymi skutkami etanolu, różowe okulary nagle spadają z nosa, świat przestaje być optymistyczny. Rzeczywistość dociera do Charlotte w momencie, gdy przewracając się na bok, odwraca się do niego plecami. Oddech wciąż świszczy, nienaturalnie poruszając idealnie zbudowaną klatką piersiową. Okrywa się pościelą po samą szyję, zaciskając powieki i w myślach licząc do dziesięciu. Nie liczy na drobne czułości, które mężczyzna powinien zapewnić kobiecie w takiej sytuacji, ale nie chce również wychodzić, by nie utwierdzić się w przekonaniu, że oto właśnie znowu pozwoliła się wykorzystać. Nigdy nie powinna opuszczać Liama, licząc, iż uda jej się pokonać geny na własną rękę.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 8 Sty - 15:41

Z tej sytuacji nie było wyjścia. Edkowi nie uśmiechało się żyć w niezgodzie ze swoim dziadkiem, którego wpływy mogłyby go zniszczyć. Nędza i ubóstwo nie było dla niego. Chociaż nie cierpiał swojej familii oraz uważał się za wolną jednostkę, to przykładem nepotyzmu w przyszłości z chęcią zostanie. Nie wyobrażał sobie nawet tego, jakby jego egzystencja wyglądała, gdyby przeciwstawił się Howardowi. Z pewnością pierwszy taki wyskok byłby ostatnim z racji z tego, iż okazji do kolejnych po prostu by nie było. Dziadek uważałby, że w głowie mu się pomieszało (używając mniej drastycznego słowa) i ma wrócić jak się opamięta. Nie wróciłby nigdy. Pełnię wolności, którą posmakowałby raz, za nic w świecie by nie oddał. Naturalnie, nigdy nie przeciwstawi się Howardowi. Była to rzecz nierealna. Pragnienie to nie miało być nigdy spełnione z powodu ciągu przyczynowo-skutkowego, którego od tak dawna się obawiał. Egzystencja w luksusie oraz przede wszystkim z masą przywilejów była czymś bez czego nie potrafiłby się mimo wszystko obejść. Wieść o jego wydziedziczeniu oraz zerwanie wszelakich kontaktów z familią, zapewne szybko by obeszła nie tylko arystokratyczne salony.
- Skarbie, nie-za-prze-czam - wysylabizował jak małemu dziecku, odrywając jej dłonie od swojej twarzy. Chociaż było to miłe uczucie. Jednak nawet aparycja oraz przenikające go niebieskie tęczówki dziewczęcia, nie były wstanie naprawić zepsutego Edka, ale chociaż nakłonić go do szczerych zwierzeń. Oszczerstwa wypowiadać to on potrafił i to niesamowicie. Gdyby przyznawano nagrody za kłamcę rogu zapewne zająłby jedne z wyższych miejsc, a na dodatek by się tym chlubił. Częściej jednak wypowiadał nieprawdę, by zaszokować, niż po to, by podnieść swoje ego, co było dla niego chore, i czynił tak rzadko. Mówione przez niego kłamstwa były przede wszystkim na temat jego osoby. Przeważnie po ich wypowiedzeniu dany osobnik nie mógł początkowo uwierzyć w ich prawdziwość. Szybko zmieniał zdanie przypominając sobie ton głosu młodzieńca, jego gestykulację oraz kamienną twarz, i spokój z jakim okłamywał. Coś pięknego, na artystyczny sposób, oczywiście. Mógłby nawet zastanawiać się nad karierą aktorską, ale nie było to coś według niego wartego uwagi. Wypowiadał nieprawdę dla własnej przyjemności, napawając się reakcją odbiorcy. - Mam zacząć ściemniać byś mi uwierzyła? - zadrwił, bo już naprawdę nie wiedział, czego to dziewczę chcę. - Chcesz usłyszeć to, czego oczekujesz nawet jeśli nie będzie to prawdą? - drążył dalej, bo nie pojmował logiki Lottie, o której wiedział tyle, iż jest irytująca. - Nie spełnię tego twojego marzenia, idź szukaj sobie innej ofiary.
Przy Edku-zgredku swoich genów na pewno nie udałoby się jej pokonać nawet przy Liamie, ha!
Nie był typem faceta, który szepcze czułe słówka, więc dobrze, iż nie oczekiwała po nim tego. Leżał wyłącznie przez chwile na łóżku, a po chwili z niego wstał, ubierając bokserki, a z kieszeni spodni wyciągając fajki.
- Niespecjalnie mam u ciebie dług wdzięczności - odezwał się z papierosem w ustach, jakże po dżentelmeńsku, i jakże kłamliwie.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Nie 8 Sty - 16:42

W takim razie Edward nie nie może postawić się rodzinie i podążać za głosem serca tylko zwyczajnie tego nie chce. Preferuje konformistycznie podążać za ich zasadami, nawet, jeśli w zamian miałby oddać swoją wolność. Luksus i pieniądze to nie wszystko, można bez nich się obejść. Eddie dokonał już swojego wyboru. Bo co Howard mógłby mu odebrać? Jedynie co materialne. Jednakże nigdy nie udałoby mu się dobrać do tego, co w gruncie rzeczy najważniejsze - do jego szczęścia. A one warte było poświęceń.
- Masz zacząć słuchać, a nie tylko słyszeć - przerywa mu, ucinając temat. Szarlotka nie podda się tylko dlatego, iż Hoytenberry nie wykazuje chęci do współpracy. Wychodziła z założenia, iż prędzej czy później uda jej się do niego dotrzeć. Jeśli nie tym, to innym sposobem. Może kłamać w żywe oczy, zaprzeczać ile dusza pragnie. Jednakże ona wie lepiej. Ona ma rację. Ona go naprawi. Nie pozwoli, by wyniszczał sam siebie, by karmił się stwarzanymi przez samego siebie iluzjami. Osiągnie wiktorię.
Może nie udałoby się jej pokonać genów, ale Liamowi z pewnością udałoby się pokonać Edka (nie z takimi zalotnikami już sobie radził!) i utrzymałby ją z dala od jego dormitorium, które w tym momencie powoli zamienia się z miejsca rozkoszy w miejsce porażki.
Czuje, ja sprężyny w łóżku podskakują zgrzytliwie, gdy Edward wstaje z łóżka. Lotka nie ma siły, aby się podnieść; dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że to wszystko, co wydarzyło się przed chwilą tak naprawdę było wbrew jej zasadom. Że tak naprawdę uległa nie chwili, nie pożądaniu, nie Edawrdowi, a temu, czego w sobie nienawidziła najbardziej. Zaciska zęby, w tej chwili mając ochotę jedynie poodkręcać kurki z gazem i pobawić się w umieranie. Nie dramatyzowała, nie cierpiała, ale musiała czymś zająć myśli.
- Powiedz mi inne kłamstwo - odpowiada i, wciąż okrywając się pościelą, sięga po leżącą na podłodze sukienkę. Wydobywa z kieszeni paczkę papierosów i aby nie pozostać tą gorszą, zapala jednego. Przez chwilę wpatruje się w tlący się dym, by wreszcie odezwać się ponownie. - Mam sobie iść? - pyta beznamiętnie, jemu pozostawiając tę decyzję. To, czego ona chciała nie miało najmniejszego znaczenia.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 8 Sty - 17:20

Chcieć nie zawsze oznacza móc. Zbyt wiele może stracić, a zyskać zupełnie nic, poza wolnością, której pragnie, oczywiście. Jednak nie skosztowawszy nigdy jej w większym stopniu uważa, iż już ją posiada. Nie bardzo przekonywał go nawet argument, że uwalniając się od dziadka będzie wolną jednostką. Po co mu wolność skoro nie będzie miał kompletnie nic? Można uznać Edwarda za płytkiego człowieka, ale w życiu dla niego również liczyły się dobra materialne, bez których nie potrafiłby się obejść. Od dzieciństwa nie musiał martwić się, że nie starczy mu na cokolwiek, i jeśli chciał, wydawał galeony. Nie było to dlań większym problemem. Gdyby nagle pozbawiono go, między innymi, tej możliwości niezbyt by się potrafił odnaleźć. Był typowym rozpieszczonym młodzieńcem. Każdą rzecz materialną mógł mieć na wyciągnięcie ręki. Niekiedy kobieta także traktował przedmiotowo, a nawet i większość z nich zniknęłoby wraz z tym wszystkim. No bo któż by chciał się zabawiać z biednym Edkowym czymś, gdzie dachu nad głową by nie miał bądź jakąś okropną ruderę? Bez obrazy, ale stokroć bardziej wolał posiadłość Hoytenberrych, która prezentowała ich majątek. Pławienie się luksusach też należało do jego hobby, i nie potrafiłby się bez tego obejść. A czyniąc to, co mu nakazuje dziadek, zdaje sobie sprawę, iż jego przyszłość jest zabezpieczona, o nic martwić się nie musi. Natomiast gdyby przeciwstawił mu się - co zdarzyło mu się zrobić kilkakrotnie w wyobraźni - skończyłby marnie. Daje nawet głowę, iż dziadek udaremniłby mu egzystencję na wysokim poziomie. Nie cierpiał się trudzić, w życiu zawsze idzie na łatwiznę. Zdawać by się mogło, że prostsze ścieżki są wręcz stworzone dlań. I całe pieprzenie o wolności szlak trafił! Pozerstwo?
Liam to zajęty Sohpie jest, więc coś by się wymyśliło, aby Lotka udała się z nim do jego dormitorium. Właściwie to nawet trochę podziwiał tego Hamiltona za dobrowolną chęć spędzania czasu ze Ślizgonką i nie krzywieniu się mimowolnie przy tym. Mu się to nigdy nie udaje, chociaż mistrzem kamuflażu mógłby zostać! No ale Sophie zawsze wszystko psuje, co tyczy się Edwarda. Jakby urodziła się po to, by jego egzystencję uczynić marną!
- Koocham cię! - powiedział patrząc na dziewczę potrząsając lekko głową, i przybierając ton godny prawdomówny z drwiną w głosie, wciąż trzymając papierosa w ustach, więc nie było to zbyt wyraźne. Skoro chciała kłamstwa to przynajmniej śliczne otrzymała! Ponoć każda dziewczyna chciałaby usłyszeć od Edka takie słowa, więc proszę bardzo! Powinna się poczuć wyjątkowa! Żadnej dziewoi tego wcześniej nie mówił. A przynajmniej w tym momencie nie pamięta. No ale niektórych imprez się po prostu nie da odtworzyć. - Możesz zostać - stwierdził zapalając zapalniczką papierosa, wzruszywszy ramionami, a następnie włożył ją z powrotem do paczki fajek i rzucił w kąt.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Nie 8 Sty - 20:51

To co dla jednych było niczym, dla innych było wszystkim. Istnieli ludzie, dla których to właśnie wolność była wartością absolutną i dla niej byli gotowi poświęcić wszystko inne. Nie można było obwiniać go za to, że nie myślał w ten sposób, jednakże powinien liczyć się z faktem, iż postępując konformistycznie nigdy nie będzie szczęśliwy. Cóż z tego, że będzie pławić się w luksusie, skoro nigdy nie dostanie tego, czego mu brakuje?
Gdyby mu na to nie pozwoliła, nie zająłby się Sophie tylko pilnowałby, aby Lotka przypadkiem nie wywinęła jakiejś głupoty. Na przykład, nie przespała się w afekcie z Hoytenberrym, łamiąc wszystkie swoje zasady i odrzucając przykrywkę Królowej Śniegu.
- Kolejne - mówi jedynie, niewzruszona jego niewybrednym żartem. Przykłada do różanych ust filtr papierosa i pozwala by dym wypełnił jej płuca. Na chwilę zamyka oczy, nie przestając liczyć w głowie do dziesięciu. Myśli szaleją w jej głowie z zawrotną prędkością, powodują niepożądaną migrenę. Nie czuje się wyjątkowa, bo Edward właśnie zażartował, iż ją kocha. Czuje się głupia, bezmyślna i wykorzystana. A to nie podoba się jej w żadnym wypadku. - A ty będziesz tam tak stał? - pyta, nieznacznie podnosząc się na przed ramionach i po raz pierwszy od zakończenia stosunku spogląda na niego.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Sro 11 Sty - 15:37

Hoytenberry nigdy nawet nie zbliżył się do pełni szczęścia, chociaż oczywiście uważa zupełnie inaczej. Przez tak fakt sądzi, że kiedy to by otrzymał wszystko to, czego pragnie poza majątkiem, nie będzie się tym potrafił cieszyć ze względu na swą biedę. Było to może płytkie podejście do sprawy, ale on właśnie tak myślał. Pełnia szczęścia wyglądała dla niego inaczej, nie była to sama wolność, którą by wyłącznie zyskał sprzeciwiając się Howardowi, dlatego też uważał, iż więcej może stracić niźli zyskać. I to o wiele więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, nawet sam Edward, który w pisaniu czarnych scenariuszy był niemalże mistrzem. Teraz trzeba by było coś wyjaśnić. Młodzieniec nawija nieustannie o wolności, którą posiada, i która jest dla niego rzeczą arcy ważną. Równocześnie jednak ograniczany jest przez dziadka, a mimo to, trwoży się przed przeciwstawieniem się mu. Ale czym właściwie jest dla Edka pełnia szczęścia? No właśnie - nie tylko wolność, ale i także bliskość drugiej osoby, i nie chodzi o tą fizyczną. Chociaż może sprawiać wrażenie persony, która ma na wszystko wywalone, jak każdy człowiek, nie chce skończyć sam. Prościej by mu było odciąć się od dziadka mając u boku ukochaną, gdyż wówczas nie zostałby sam, co teraz bez wątpienia by się stało. Z pewnością przyczyniłoby się to do jeszcze większego zgorzknienia młodzieńca oraz lubości do samotności. Kto wie, może wtedy nie byłaby to już samotność z wyboru? Wszakże teraz 24/24 sam ze sobą nie jest, nie przesadzajmy.
- Jesteś moją królową! - kłamał dalej, skoro zdawać by się mogło, dziewczyny to nie poruszało. Kazano to wypowiadał nieprawdę! - Nie - odpowiedział bardzo powoli, patrząc na Lottie, która także spojrzała na niego. Wypuścił dym z ust i wolnym krokiem trzymając papierosa w dłoni usiadł na łóżko, opierając się o jego balustradę, a nogi mając wyprostowane na jego długości. Po chwili otaksował ją wzrokiem, co było niegrzeczne, ale to przecież Edward, który nawet nie przejął się tym, że Gryfonka to dostrzegła. - Jak tak poodwiedzasz mnie jeszcze kilka razy, otwierając tylko usta przy przyjemnościach, to bym kiedyś tam może nie skłamał - zadrwił, zaciągając się po raz ostatni, i niespaloną połowę papierosa umieścił w popielniczce wyciągniętej z szafki koło jego łóżka.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Sro 11 Sty - 23:44

Trudno będzie mu odnaleźć kogoś, kto pomoże mu ową pełnię szczęścia osiągać. Aż chce się pokusić o stwierdzenie, iż może to graniczyć z niemożliwością, gdyż Edward nie potrafi dopuszczać do siebie ludzi, od tego właśnie wszystko się zaczyna. Od słuchania nie tylko dźwięku własnego głosu, ale również głosu innej osoby. Pragnąc otrzymać wszystko, może zostać z niczym. Prócz pieniędzy, oczywiście. Tą taktyką nie wygra.
Lottie jest przyzwyczajona do zachłannych spojrzeń męskich. Już dawno przestały ją peszyć, przestały wywierać na niej jakiekolwiek wrażenie. Choć wciąż nie może pogodzić się, z tym, kim jest, choć nadal oddałaby wszystko, by wyglądać normalnie, zdaje sobie sprawę, iż musi przejść z tym do porządku dziennego. Ignorować, nie zauważać, nie pozwolić zawładnąć swoim światem. Musi być ponadto.
- Nie będzie następnego razu - oświadcza, by na chwilę zamilknąć, przykładając do ust filtr dopalającego się papierosa. Pozwala płucom napełnić się dymem, pozwala opaść powiekom. Nie chce, rzucać mu rękawicy, nie chce, by próbował nakłaniać ją do zmiany zdania. To nie było wspaniałe, zapierające dech w piersiach i przywiązujące ich do siebie na stałe. Z każdą mijającą minutą, utwierdza się w przekonaniu, że jedynym epitetem, jakim może obdarzyć miniony stosunek jest "niechciany". - Nie z tobą, Edwardzie - dodaje, sięgając po leżącą najbliżej łóżka część garderoby, będącej koszulką Hoytenberry'ego. Wciąż podtrzymując jedną dłonią prześcieradło, niczym spłoszona dziewica, wciąga ją na siebie przez głowę. Emocje opadają, robi się chłodno.
Towarzyszy im jeszcze chwila milczenia, nim oddają się w błogie ramiona Morfeusza. Wreszcie przychodzi ranek, a Lottie wymyka się po kryjomu, a jedynym śladem jaki po sobie zostawia, jest kuszący zapach na poduszce.

[zt]
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 1 Lip - 23:48

Jak przeważnie, znajdywali się w dormitorium Edwarda, gdzie spędzali większość wspólnych nocy (by nie powiedzieć, iż czasu). Małżeństwem wszakże byli, choć rozgłaszać tegoż faktu nie zamierzają, boć oboje nie czują potrzeby plotkowania na własny temat. Młodzieniec ukrywać też afektu do lubej nie będzie, a zapytawszy o swój ożenek odpowie zgodnie z prawdą. Wstydzić by się miał miłości? Ongiś nie dowierzał w istnienie farmazonów (ach, miłość - czymże jest miłość?), wymyślanych przez poetów. Mity są zamierzchłością i nawet sceny batalistyczne muszą być ubrane w wątek uczuciowy o silnym zabarwieniu emocjonalnym ze strony mężczyzny oraz kobiety. Te przeciwności losu, ta namiętność, ta pasja! Zniechęcało Eddiego to do choćby odszukania miłości. Ktoś kiedyś powiedział, iż przychodzi ona niespodziewanie (no chyba, że powróżyło się wcześniej z fusów, bądź tarota ułożyło, opcjonalnie można też pasjansa). Tak też w przypadku Gryfona było. Nie czekał na nią, bo i jak wyglądać coś, czego istnienie się podważa, uważając to za bzdury? Chociaż oni przeoczyli etap chodzenia, a ich narzeczeństwo trwało nad wyraz krótki okres, to nie można by powiedzieć, że są gorszą parom od zakochanych z dłuższym stażem. Drugiej połówki się nie wybiera, a i skoro jest ona tylko jedna oraz na całe przyszłe, i w ich przypadku dorosłe, życie to czy grzechem jest pragnienie spędzenia jak najprędzej z nią całej egzystencji, deklarując to? Owszem, mogli by przed sobą wpierw to uczynić, ale znając Lottie, pierwszą miłość Edwarda, inaczej stać się nie mogło. W ewentualności byłoby bardziej inaczej, dla społeczeństwa. Aż dziw, iż początkowo z trudem przychodziło mu strawienie inności małżonki. Po tych kilku tygodniach jedną ich część kocha, natomiast drugiej nienawidzi, wiedząc jednak, że jest to jej część.
- Nie lubię czasu, za szybko leci - odparł, przepuszczając Lottie w drzwiach, a następnie je zamykając. Nie było tu nikogo poza nimi. Lubił swoje szczęście. - A ty, ma żono, winnaś udać się ze mną po zakończeniu roku szkolnego do posiadłość Hoytenberrych w Irvine, będąc dla mnie opoką, jeśli nie chcesz mieć małżonka poligamisty. - Sophie. Sophie. Sophie. Jedyna osoba po nich, ciesząca się prawie tak jak oni z ich hajtnięcia się. Tak przypuszczał.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Lottie O'Donnell on Pon 2 Lip - 0:07

Szarlotka chciałaby być dobrą żoną. Chciałaby nosić uroczy fartuszek i gotować mu pyszne obiady. Chciałaby budzić go wraz z świeżo zaparzoną kawą i witać czułym pocałunkiem, gdy będzie wracał z pracy. Chce frazesów i banałów. Czasami. Wtedy bez słowa chwyta jego dłoń i ciągnie go do szkolnej kuchni, gdzie każe mu usiąść, a sama zaczyna gotować. Charlotte uwielbia gotować. Ale potem chwila mija i znów jest nieporadną istotą, która rozpaczliwie potrzebuje jego obecności, by móc oddychać. Nie da mu stałości, ale nie potrafi tego zrozumieć. Bywają momenty, gdy obdarza go pocałunkami i głaszcze delikatnie jego policzek, by później zacząć okładać go drobnymi piąstkami, gryźć i krzyczeć. Szarlotka nie jest w stanie zaopiekować się samą sobą, nie może więc zrobić tego dla niego.
- Czas jest iluzją, Eddie - Opiera dłonie na jego ramionach, wspina się na palce i całuje go delikatnie w czoło. Czasami potrafi ją rozczulić.
Lotka marszczy nosek. Hoytenberry znów przestaje istnieć, sukienka opada z szelestem na ziemię, a ona siada na jego łóżku, owijając się szkarłatnym pledem. Wzrok wbija w okno, zaciska wargi. Milczy. A potem nagle otwiera usta.
- Nudzisz mnie, Edwardzie - mówi szorstko, wyciągając przed siebie nogi i uważnie przypatrując się swoim pęcinom. Skąd na nich tyle siniaków? Nie ma pojęcia. Ale potem Eddie siada przy niej. Dotyka ją i zmusza do odpowiedzi. - Nie chcę - oświadcza jedynie. Siniaki wciąż są bardziej interesujące. Kładzie palec na jednym z nich, naciska dość mocno. Pragnie przekonać się, kiedy zacznie boleć.
avatar
Lottie O'Donnell
Uczeń

Liczba postów : 82
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Hever, hrabstwo Kent

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Edward Hoytenberry on Czw 5 Lip - 13:54

O przyszłej żonie - jeśli jakimś cudem byłaby ona także i jego lubą - nigdy nie myślał realnie w kontekście idealnej pani Hoytenberry. Poranna kawa, posiłki przygotowywane właśnie przez nią - iście odległe od tego, co miało go czekać w każdej z perspektyw na życie, włącznie z tą obecną. W arystokracji rzadko która (jeśli w ogóle takie się zdarzały) kobieta przyrządzała posiłki, czy nawet parzyła poranną kawę swojemu małżonkowie, czy komukolwiek innemu. Brudną robotę załatwiały skrzaty, które i w przyszłym domu Edwarda też zapewne by się znalazły. No bo chyba nikt nie oczekiwał, że Sophie będzie sprzątać ten ich wielgaśny dom, robić pranie, i inne obowiązki niewiast z niższych warstw społecznych? Chociaż kto wie, co tam ona umie i robi. Nie bardzo go to obchodziło. Patrzył na nią powierzchownie, oceniał ją nie do końca poznawszy. Na nic innego nie tyle, co czasu nie miał (toż to marnotrawstwo by było!), ale i jego uwagi przykuć ów dziewczę nie potrafiło. Też mi narzeczona. I to całe królowanie, i jakiś orszak popleczniczek - śmiech na sali. Tak jak Eddie nie uznawał hegemonii Amelii Hewson, tak i tym bardziej jakaś gówniara z piątego roku nie będzie panoszyć się po Hogwarcie, uważając siebie za jakąś królową. Spokrewnione rzekomo nie są, ale ta żeńska część arystokracji chyba musi mieć jakąś manię wielkości. Syndrom księżniczki? Żeby w takim wieku bawić się w monarchę... I jeszcze te dziewczęta dają się poniżać swojemu przywódcy. No aż w łeb się chce je łupnąć. Gdyby bił kobiety zapewne by i to zrobił. Chore. Przez takie przypadki zaczynał coraz bardziej wierzyć w wyższość mężczyzn nad kobietami. No bo któremu facetowi (nie licząc gejów, ale to nie faceci z psychologicznego punktu widzenia) przyszłoby do głowy, by siać postrach wśród szkolnej braci, ogłaszając się monarchą, przekazując to dalej po zakończeniu edukacji? I do tego posiadać jakieś dwórki, cierpiąc na kompleks wyższości? Jeśli chcecie znać zdanie Edka to pewnie ta cała Hewson wpadła i dlatego się hajtnęła. A potem że niby cośtam. Oczywiście nikt się nie przyczepił, bo to szanowany ród arystokratyczny. Definitywnie nawet teraz, w drugiej połowie XX wieku, nikt nie dostrzega nadal, że ludzie są tylko ludźmi. Niezależnie od urodzenia, wykształcenia, majątku są tacy sami. Mają uczucia, te same intrygi, tę samą wagę problemów. I te same wymyślne rozwiązania problemów. Chociaż chyba tych intryg w arystokracji więcej niż w innych warstwach społecznych. Ale oczywiście to szanowane rody; czystość z nich wręcz wycieka...
- Niekiedy chciałbym w to uwierzyć, Lottie. - Mogły go wkurzać zachowania dziewczęcia. Jedne bardziej, drugie mniej, ale prawda była taka, że istniały dni podczas których zazdrościł swej lubej podejścia do życia. Byt w świecie fantazji, gdzie kreowałby własny świat, nie widząc rzeczywistości - to było mu potrzeba. Wiedział jednak, że nie potrafi się tam dostać. Nawet za sprawą żony. I co najważniejsze nie mógł. - Nie cierpisz nudy. - To nie było pytanie, choć zmarszczył czoło, a następnie znalazł się koło Gryfonki. Przejechawszy palcem po szyi dziewczęcia, złożył na ów ścieżce pocałunki. Usłyszał nie chcę. Spojrzał na nią po raz koleiny marszcząc czoło, widząc co robi, chwycił ją za nadgarstki. Nie lubiła jego gniewu równie mocno, co on jej specyficznych zachowań. Irytowało to ich nawzajem. Przestawali dla siebie nawzajem. Dla świętego spokoju, choć zawsze do tego powracali - ona prezentowała swą osobliwość, on zaś niezadowolenie. - Chyba pierwszy Hoytenberry to od ciebie usłyszał - parsknął, nigdy nie zapomniawszy konwersacji z bratem. Nie, nie wypowiedział tego dlatego, że był skończonym chamem, bo ona nie chciała, bla, bla, bla. Znowu prezentowała charakterystyczne lotkowe zachowania. Wydawała się bardziej zainteresowana swoją głupotą (tak, teraz znowu tak to nazywa) niźli nim. Zawsze będzie to w nim. Może udawać, że nie, ale to zawsze będzie w nim. Od początku było. Musi się z tym pogodzić. Kocha ją. Przecież ją kocha.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Pokój nr 1 - VI klasa

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach