Komnata muzyczna

 :: Korytarze

Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Joel Edwards on Pon 17 Maj - 21:26

No cóż, sprawa nie była znowu aż tak przesądzona. Joel znał się na wojennym rzemiośle i choć sam polegał głównie na swojej sile, to jednak jego koledzy znacznie lepiej radzili sobie z magią. Tymczasem banda osiłków ze Slytherinu skłaniała się raczej ku taktyce preferowanej przez Edwardsa, wobec czego kilka czarów mogłoby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę Ravenclaw. Tego się jednak nigdy nie dowiemy,a przerwanie tak wspaniałej potyczki zawdzięczać możemy tylko i wyłącznie Roselyn Hepburn.
Ślizgonka w chwili obecnej stanowiła wspaniały kontrast dla Joela. Swoje oburzenie okazywała ona całym ciałem, podczas gdy Krukon już tradycyjnie ograniczał się do niezbędnego minimum jeśli chodzi o pokazywanie po sobie czegokolwiek. Mimo wszystko ktoś, kto znał go nieco dłużej potrafił dostrzec subtelne gesty, które świadczyły o jego zdenerwowaniu: zesztywniałe palce lub zarysowane mięśnie szczęki, którą nerwowo zaciskał. Cios w ramię poczuł, ale nie zareagował. Do tego typu kuksańców przywykł przy Quidditchu. Pchnięty na taboret przy instrumencie niewiele się zastanawiając usiadł na nim. Rosalyn nie zamierzała jednak odpuścić. Chłopak spojrzał za nią z dołu, odchylając nieco głowę.
- Już zapomniałem jaka potrafisz być irytująca Hepburn - wycedził zdecydowanie podnosząc się z niewielkiego siedziska. Oczywiście górował nad dziewczyną więcej niż o głowę. Co więcej, chcąc zapobiec dalszej szamotaninie zacisnął swoje długie palce na nadgarstkach dziewczyny na wzór chłodnych kajdan.
avatar
Joel Edwards
Dorosły

Liczba postów : 122
Czystość krwi : Pół na pół
Skąd : Hampshire

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Roselyn Hepburn on Pon 17 Maj - 22:24

Myślę, że Ślizgoni nie polegają tylko i wyłącznie na swojej sile, wręcz przeciwnie, niejednokrotnie w czasie pojedynków sięgali po różdżki i rzucali w przeciwników jakimiś wyjątkowo paskudnymi i nieprzyjemnymi zaklęciami. W końcu do nich należało bycie przebiegłym i podstępnym, to oni znani byli z nieuczciwiej walki i to właśnie tego można się było spodziewać. A Rosie nie chciała żeby Joel (i oczywiście jego koledzy, choć ci tak naprawdę nie interesowali jej nawet w najmniejszym stopniu) ucierpiał zbyt mocno fizycznie. Psychicznie i tak przecież był wrakiem.
Fakt, że pan Edwards postanowił podnieść się ze swojego miejsca wyraźnie zaniepokoił Roselyn, która najwyraźniej już czuła, że zaczyna przegrywać. Tak zresztą się stało, bowiem już po chwili poczuła jak chłodne dłonie Krukona zaciskają się na jej drobnych nadgarstkach.
- Hepburn? - powtórzyła za nim szeptem, mając nadzieję, że w jej oczach nie widać jak mocno zraniły ją jego słowa. Jakiś czas temu wzięłaby to za idealną podpuchę do dalszego droczenia się, ale teraz...no cóż, to raczej nie zachęcało panienki Roselyn do przyjacielskich docinek. - Więc teraz znowu przechodzimy na oficjalny ton, tak? - spytała, siląc się na nikły uśmiech. - Dobrze, w takim razie puść mnie Edwards. Lepiej będzie jak już pójdę. Wybacz, że wtrącam się w twoje życie i bójki. - nawet nie próbowała się wyszarpnąć z uścisku, spuściwszy wilgotne oczy potulnie - jak nie ona! - czekała aż Krukon pozwoli jej odejść.
avatar
Roselyn Hepburn
Dorosły

Liczba postów : 181
Czystość krwi : czysta
Skąd : Glasgow, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Joel Edwards on Sro 19 Maj - 14:31

Nawet najbardziej rozsądne i wzbogacone o dane statystyczne argumenty nie byłyby w stanie odwieść Joela od walki. Tylko Roselyn się udało, a to głównie za sprawą elementu zaskoczenia oraz wpływowych znajomości. Pan Edwards wychodził już z niejednego ryzykownego pojedynku. Jeszcze nie zaczął wierzyć w swoją niezniszczalność, ale mimo wszystko nie zamierzał się wycofywać z walki. Jeśli ktoś siłą odciągnął go od przeciwnika, to co innego. Widocznie nie miał aż takiej ochoty komuś przywalić, skoro pozwolił Ślizgonce na interwencję. On osobiście nie specjalnie przejmował się groźbą dotyczącą Amelii oraz Hewsona.
O to właśnie chodziło. Joel miał zamiar pokazać dziewczynie, że zbytnie spouchwalanie się z nim zakrawa na lekką przesadę. Nadal nie miał zamiaru jej krzywdzić, jednak nie był pewien, czy odpowiednio silnie sprowokowany będzie w stanie nad sobą panować. Ostatnio przychodziło mu to z coraz większym trudem.
Zaskakujące, ale poczuł się jak ostatni drań, gdy Ślizgonka podniosła na niego wzrok. Zdecydowanie wolałby oberwać jeszcze kilkanaście razy od brunetki, niż przypominać sobie, że jednak są osoby, na których mu zależy. Widocznie skoro powstrzymywał się od ataków fizycznych, musiał ją ranić chociaż psychicznie. Dobra robota Edwards.
- Rose zostań - poprosił. W tej samej chwili rozluźnił palce, zsuwając je po jej dłoniach. Przecież nie mógł jej więzić? - Płaczesz?
avatar
Joel Edwards
Dorosły

Liczba postów : 122
Czystość krwi : Pół na pół
Skąd : Hampshire

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Roselyn Hepburn on Sro 19 Maj - 22:13

To co najlepsze zawsze okazuje się najtrudniejsze do zdobycia, prawda? Może i opanowywanie swojej agresji było niezwykle trudnym wyzwaniem dla młodego Edwardsa, ale przecież Roselyn sama była świadkiem, że to nie jest niewykonalne. W końcu sama zajęła się jego treningiem i - co było zaskakujące - wyniki były bardziej niż zadowalające a chęć opanowania się w jej towarzystwie zaskakująco silna. Czyżby została aż tak ważną dla niego osobą, że naprawdę nie chciał jej skrzywdzić? Tak mogłoby się wydawać, choć fakt, że się rozstali, że teraz ją ranił i ogólnie zachowywał się jak obcy człowiek zdecydowanie nie przemawiały za tym faktem.
- Nie, nie płaczę. - odpowiedziała automatycznie, tym samym zaprzeczając rzeczywistości. Dopiero po sekundzie zorientowała się, że wypieranie się prawdy na niewiele się zda, gdy dowody działają na jej niekorzyść. - Masz po prostu rację, rozstaliśmy się a zachowywanie się jak gdyby nic nigdy się nie stało po prostu nie ma sensu. Unikanie się i udawanie, że się nie znamy też jest idiotyczne, ale nie wierzę w przyjaźń eks, więc sama już nie wiem co robić. Wiem tylko, że coś mnie boli i to mi się nie podoba. - nie miała zamiaru wyjść z sali. I nie miała też zamiaru pozbawiać się możliwości czucia ciepłego joelowego dotyku.
avatar
Roselyn Hepburn
Dorosły

Liczba postów : 181
Czystość krwi : czysta
Skąd : Glasgow, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Joel Edwards on Sro 19 Maj - 22:31

No tak. Joelowi jednak potrzebna była dobra motywacja, a z odejściem Rose takową utracił. Skoro nie miał się więcej dla kogo starać, to równie dobrze mógł się przestać starać w ogóle. Dawniej wysiłek podejmował jeszcze dla ojca, ale ten również odszedł. W tym wypadku Edwards miał wolną drogę i mógł się jeszcze bardziej pogrążać w swojej niezwykłej przypadłości. Nikogo nie interesowało, czy bójki wszczyna ze zwykłej nudy, czy ma inne, bardziej niezależne od siebie powody.
Rozstali się prawda, jednak to zupełnie nie zmieniło uczuć Krukona. Całe to rozejście to był jego pomysł. Naiwny w swoim myśleniu Joel uznał pewnego dnia, gdy znów niewiele brakowało do tragedii ( Angus go sprowokował, a panna Hepburn postanowiła fretkę chronić własnym ciałem), że Roselyn zasługuje na kogoś zdecydowanie lepszego. Hamlet od dawna wiedział, że dziewczynie ma do zaoferowania niewiele, jeśli nie nic. W jego towarzystwie nie była nawet do końca bezpieczna. Był egoistą pozwalając jej ze sobą być, to też postanowił błąd naprawić.
Jak widać popełniał jedną wpadkę za drugą. Samej Roselyn nie wyjawił przyczyn, które popchnęły go do rozstania. Na poczekaniu wymyślił jakiś banalny powód, dla którego powinni ze swojego związku zrezygnować. Wypadło na tyle przekonująco, żeby Ślizgonka odeszła w wielkim stylu. Joel okazał się jednym z niewielu chłopaków, którzy mielić czelność zerwać ze Ślizgonką i musiał za to zapłacić. Wszyscy jeszcze pamiętali tamtą akcję.
- Oh fuck - westchnął ciężko, przeklinając przy tym niespecjalnie wybrednie. Zaraz też wzniósł na moment oczy do nieba, dłońmi przecierając twarz.
- Idiota ze mnie - przyznał z niepokojącym uśmiechem na ustach. Miał zamiar dać Roselyn szanse na coś lepszego, ale teraz zorientował się, że tylko bardziej ją unieszczęśliwił. Po raz kolejny, brawo Edwards!
avatar
Joel Edwards
Dorosły

Liczba postów : 122
Czystość krwi : Pół na pół
Skąd : Hampshire

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Roselyn Hepburn on Czw 20 Maj - 15:45

Jakie to zabawne, że człowiek do działania potrzebuje odpowiedniego bodźca, który do owego działania by go zmusił. Biednemu Joelowi zabrakło motywacji do starania się być lepszym człowiekiem. Typowy pierwszy krok w kierunku popełnienia pierwszej poważnej zbrodni i ugrzęźnięcia w bagnie zwanym kryminałem. Ale nie będziemy się teraz bawić w małego hobbystycznego psychologa i może z bocznego toru wrócimy na ten właściwy.
Rozstali się absolutnie nie w zgodzie i pokoju, jeszcze tego brakowało żeby Rosie postanowiła przemilczeć swoją porażkę. Nie, nie! Panienki pokroju panny Hepburn miały to do siebie, że niezależnie za jaką cenę swoją przegraną zamieniały w wygraną - jeśli nie w oczach swoich to w oczach osób postronnych, którym przecież nie dane było nigdy, przenigdy zobaczyć bólu wypisanego na twarzy zranionej damy dworu.
Panienki pokroju panny Hepburn swój smutek i żal zatapiały w zemście i szykowaniu odwetu na eks, choć niejednokrotnie do zemsty nawet nie dochodziło - ot, wystarczyła sama wizja. Tak też było w tym przypadku, gdzie Roselyn ograniczyła się tylko i wyłącznie do pokazania publicznie, że w rzeczywistości Joel był dla niej nikim więcej jak kolejną zabawką.
- Racja. - zgodziła się z nikłym uśmiechem. - Jesteś cholernym idiotą. Idiotą, którego kocham. - to powiedziawszy Ślizgonka ujęła twarz chłopaka w obie dłonie i ostrożnie, jakby pozostawiając Joelowi możliwość oswobodzenia się, przyciągnęła go do siebie. Nie, nie, zbyt dużo inicjatywy już wyszło od niej i zbyt wiele razy okazała jak słaba w rzeczywistości jest, by teraz jeszcze pozostawić chłopaka przed faktem dokonanym. Wargi panienki Hepburn zawisły w odległości kilku milimetrów od ust Joela. Twoja kolej, panie Edwards.
avatar
Roselyn Hepburn
Dorosły

Liczba postów : 181
Czystość krwi : czysta
Skąd : Glasgow, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Joel Edwards on Czw 20 Maj - 21:37

Zbrodnia? Kryminał? Bez przesady.. Edwards się do Azkabanu nie pchał. Morderczych popędów też jak na razie nie miał, choć kilka razy miał ochotę udusić Roselyn. To była jednak wyłącznie jej wina. Panna Hepburn objęła dziwną taktykę jeśli chodzi o terapię dla Krukona. Przy każdej nadarzającej się okazji prowokowała go, coraz dalej przesuwając granicę jego cierpliwości. W efekcie naprawdę sporo potrafił znieść, ale z czasem wszystko zaczęło wracać do starej normy. Tylko Roselyn udało się w jakiś sposób uchronić. Joel nie był aż takim skończonym świrem, za jakiego wszyscy go brali. Przynajmniej swoich bliskich starał się w jakiś sposób chronić. Inna sprawa, że niekoniecznie mu to wychodziło.
Był gotów na zemstę oraz całą tą szopkę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to rozstanie nie będzie ani ciche, ani przyjacielskie. Uparcie wierzył jednak, że postępuje słusznie i w dobrej wierze. Roselyn miała narobić sporo szumu, zwymyślać go od najgorszych i zburzyć resztki jego szkolnej opinii, a potem znaleźć sobie kogoś odpowiedniejszego, a wspomnienia o Joelu Edwardsie gdzieś głęboko pogrzebać. Plan sprawdził się tylko w części. Faktycznie ich zerwanie dostarczyło całej szkole wielu atrakcji, ale Ślizgonka z nikim nie związała się potem na dłużej. Hamlet czekał cierpliwie, jednak z każdym tygodniem wzbierały w nim wyłącznie wątpliwości.
Słysząc to nieśmiałe wyznanie przywołał się do porządku, spoglądając na brunetkę. Obłąkany uśmiech zniknął z jego ust. Nie miał pojęcia, czego się może dalej spodziewać, dlatego w dziwnym milczeniu obserwował jak smukłe palce Ślizgonki wsuwają się na jego policzki. Miała zimne dłonie, ale to mu nie przeszkadzało. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w różnokolorowe tęczówki.
- Zostawienie Ciebie, to była największa głupota jaką zrobiłem w życiu - przyznał gładząc jej policzek kciukiem - Ale musisz zrozumieć, chciałem Cię w ten sposób chronić. Zasługujesz na coś lepszego Rose = wątpliwości zżerały go od środka. Z jednej strony chciał wziąć ją w ramiona, z drugiej kontynuować swój plan do skutku.
avatar
Joel Edwards
Dorosły

Liczba postów : 122
Czystość krwi : Pół na pół
Skąd : Hampshire

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Roselyn Hepburn on Nie 23 Maj - 11:41

To, że Joel sam się do kryminału nie pchał nie znaczyło, że ze swoim porywczym charakterem kiedyś tam nie wyląduje. A jeśli ktokolwiek chciałby kiedyś wrobić go w jakąś mało przyjemną aferę, pan Edwards był idealnym kozłem ofiarnym. W końcu łatwo było go do sprowokować.
Poza tym warto też wspomnieć, że od czasu ich rozstania Roselyn nie związała się z nikim nawet na chwilę. Ba, zniknęli też jedno nocni kochankowie, na których dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Joel albo był ślepy albo naprawdę głupi, skoro przez tak długi czas nie zauważył, że minie długi długi czas zanim życie Rosie powróciłoby do normalności po ich rozstaniu.
O ile w ogóle byłoby takie, jak przed poznaniem Joela.
No i tak właśnie kończą się chęci uszczęśliwiania kogoś na siłę bez uprzednich konsultacji z daną właśnie osobą. Cóż poradzić, można tylko mieć nadzieję, że pan Edwards uczy się na błędach i na przyszłość, jak na bystrego Krukona przystało, wyciągnie wnioski ze swojego postępowania.
- Nie mogę zaprzeczyć. - przytaknęła z uśmiechem wiedząc, że wygraną ma już niemalże w garści. - A na przyszłość pozwól, że to ja będę decydować na co zasługuję a na co nie zasługuję. To moje życie i ja dokonuję wyborów, nikt inny nie ma prawa tego za mnie robić, pamiętaj. - jakby Jo już nie zauważył, jego plan już dobre kilka minut temu wziął w łeb, więc nie pozostawało mu nic innego jak wziąć panienkę Hepburn w ramiona i pocałować. Na zgodę.
avatar
Roselyn Hepburn
Dorosły

Liczba postów : 181
Czystość krwi : czysta
Skąd : Glasgow, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Joel Edwards on Nie 23 Maj - 20:30

Rzeczywiście. W razie czego znalazłoby się raczej niewiele osób, które uwierzyłyby w niewinność Joela i gotowe byłyby go bronić. Krukon nie bez powodu nosił miano 'nieprzewidywalnego', pod tym względem pasował do Ślizgonki jak ulał. Na swoją opinię pracował sobie ciężko od 1 klasy. Oczywiście nie było tak trudno, jak mogłoby się wydawać. Ludzie boją się tego co inne, dlatego bardzo szybko chłopak dorobił się etykietki 'Wyrzutek'. Całą sprawę skomplikowało jedynie członkostwo w drużynie Quidditcha. To stawiało Edwardsa w nieco lepszym, bardziej społecznym świetle. Większość mimo wszystko nie dała się nabrać lub zwyczajnie egzystencję Joela zignorowała. Dopiero Roselyn na nowo rozpętała debatę na temat Krukona. Ale już i tak znacznie zboczyliśmy z tematu.
Głupi, naiwny i uparty, to chyba najlepsze określenia. Jedynym usprawiedliwieniem chłopaka mogą być jego dobre intencje. Fatalne wykonanie nie miało na jego plan wpływu, w końcu ten pomysł najwyraźniej nie miał szans na powodzenie. Mimo wszystko Joel podjął próbę i teraz wiedział, że poniósł porażkę.
Oczywiście zdawał sobie również sprawę z tego, że jest na przegranej pozycji. Ślizgonka poczuła smak zwycięstwa, a Hamlet nie miał powodu żeby się przed tym bronić. W jego głowie cichy głosik zdecydowanie zgadzał się z tym, że niepowodzenie jego planu to w rzeczywistości zwycięstwo. Pocieszony tą myślą uśmiechnął się, jednak nie chciał Roselyn przerywać. Brunetki wysłuchał opierając czoło o jej ciemną grzywkę.
- Postaram się pamiętać - mruknął nawet nie podnosząc ociężałych powiek. Czubkiem nosa musnął policzek panienki Hepburn, a jego dłonie wsunęły się na jej dolny odcinek pleców. Niespiesznie, a wręcz nieco opieszale przyciągnął ją do siebie odnajdując słodkie usta Ślizgonki.
avatar
Joel Edwards
Dorosły

Liczba postów : 122
Czystość krwi : Pół na pół
Skąd : Hampshire

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Sìleas MacCailín on Pią 15 Paź - 22:02

Miejscem, które niewątpliwie jest jednym z ulubionych panny MacCailín jest właśnie komnata muzyczna. Gdy była zła, zmartwiona, czy po prostu smutna uwielbiała tu przychodzić i całkowicie oddawać się temu, co wychodziło jej najlepiej, a mianowicie graniu na fortepianie i śpiewaniu. W prawdzie odwiedzała to miejsce nawet kiedy była zadowolona z życia, albo wprost tryskała dobrym humorem, a w tej chwili, no cóż, o dziwo była neutralnie nastawiona do wszystkiego. Dlatego przyszła tu, aby to zmienić.
Muzyka zawsze była obecna w jej życiu. Jej rodzice pochodzili z szanowanych rodów, w których kładło się nacisk na kulturę. Dlatego jej matka jak i ojciec potrafili grać na instrumentach, malować, czy też dobrze pisać. No właśnie, dlatego ojciec został pisarzem, a matka, co prawda malować potrafiła, aczkolwiek nie wiązała z tym żadnej przyszłości, uważając, że ten zawód jest niepewny i z nim nigdy nie wiadomo. No cóż, trzeba przyznać, że rozsądku tej kobiecie nie brakowało, dlatego Sìleas niesamowicie ją podziwiała. I nie tylko dlatego. Jej matka była ambitna, doskonale wiedziała czego chce i dążyła do wyznaczonych sobie celów. Tego akurat Sìl brakowało.
Dziewczyna weszła do komnaty i widząc znajomy instrument na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Tak niewiele potrzeba było do tego, by wywołać u niej ten stan. Blondynka zasiadła przy fortepianie i ułożyła na klawiszach chude palce, po czym zaczęła grać ułożoną niegdyś przez siebie melodię, cicho przy tym śpiewając. Miała ciepły, subtelny, a zarazem głęboki głos. To była metoda na to, by odpocząć od wszystkiego, oderwać się od rzeczywistości i znaleźć się zupełnie gdzie indziej, gdzie nie ma problemów, a smutek nie istnieje.
avatar
Sìleas MacCailín
Uczeń

Liczba postów : 8
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Aberdeen, Szkocja.

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Eve Evans on Sro 20 Paź - 20:30

Eve, przemierzając korytarz na szóstym piętrze, usłyszała cichą muzykę.
Fortepian – pomyślała i od razu skierowała się w stronę komnaty muzycznej. Kiedy stanęła naprzeciwko drzwi, do jej uszu dotarł melodyjny, przyjemny głos. Eve uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała kto „daje koncert”. Sìleas MacCailín, Gryfonka z szóstej klasy. Brązowowłosa znała ją bardzo dobrze. Miały podobne zainteresowania. Panienka Evan poznała Sil w trzeciej klasie, kiedy to ukrywała się w Sali muzycznej przed woźnym(rozbiła kilka łajnobomb pod dormitorium Ślizgonów). Wtedy Sileas weszła do komnaty i, będąc pewną, że jest sama, zaczęła grać. Tą samą piosenkę, co teraz.
Eve nacisnęła delikatnie klamkę i pchnęła wielkie drzwi. Te nawet nie zaskrzypiały. Brązowowłosa wkradła się po cichu do wielkiego pomieszczenia, w którym stały przeróżne instrumenty muzyczne. Panienka MacCailin siedziała do niej tyłem, na pufie przystawionej do fortepianu. Jej blond loki opadały łagodnie na plecy. Eve przesuwała stopy po podłodze prawie bezszelestnie, aż wreszcie dotarła do wielkiej złotej harfy. Usiadła przy niej i szarpnęła jedną strunę, potem kolejną. Zgrała się z melodią fortepianu. Muskała struny bardzo „zwiewnie”, z wyczuciem. Ale nie była skupiona na tym, co robiła. Wręcz przeciwnie – myślami zdawała się być w zupełnie innym miejscu. Ale czyż nie o to właśnie chodziło w tworzeniu muzyki? Oczy panienki Evans były przymknięte, a na twarzy błąkał się niewielki uśmieszek. A kiedy skończyły grać, Eve otworzyła oczy i wyszczerzyła zęby w szerokim, nasuwającym na myśl wilka uśmiechu.
- No cześć – przywitała się z zadowoleniem. – Co u ciebie słychać, droga Sileas?
avatar
Eve Evans
Uczeń

Liczba postów : 61
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Anglia, Londyn

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Crispin Fairchild on Nie 6 Mar - 18:26

Crispin, wszedł do komnaty muzycznej zamykając za sobą drzwi, a następnie rozglądając się niej, chwycił różdżkę w prawą dłoń, by za pomocą czarów, oczyścić doszczętnie środek pomieszczenia ze zbędnych obecnie przedmiotów. Pod jedną ze ścian, niemalże na wprost drzwi, wyczarował katedrę wraz ze stołem i jednym drewnianym krzesłem. Podchodząc do niego położył na blacie swoją czarną torbę i rozejrzawszy się po raz kolejny po komnacie zaczął wypakowywać swoje rzeczy. Obecnie miał tylko nadzieję, że uda mu się stworzyć chór; że pojawią się jacyś chętni potrafiący śpiewać, bo bynajmniej nie widziało mu się tłumaczenie rozchichotanym panienką, iż jest ich nauczycielem i nie ma szans, aby relacje między nimi wybiegły poza ów tor.
Rozpakowawszy wszystkie swoje rzeczy spojrzał na zegarek, a następnie usiadł na wyczarowanym krzesełku ściągając torbę ze stołu i kładąc ją na podłodze. Cóż, zostało jeszcze ponad pół godziny do rozpoczęcia castingu, dlatego też Fairchild, zaczął bazgrać coś po pergaminie, czekając na czas, w którym będą pojawiać się pierwsi ochotnicy.
avatar
Crispin Fairchild
Dorosły

Liczba postów : 183
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Haerowen Villain on Pon 7 Mar - 23:47

Drzwi komnaty uchyliły się po raz drugi. Ty razem sprawcą nie był profesor, a niesforna Haerowen która, słysząc o przesłuchaniu, nagle zapragnęła się tu pojawić. No i proszę, jest! Merlin wie, co strzeliło jej do głowy. Jej pasją była sztuka, a nie śpiewanie. Fakt- dawała sobie rade w obu dziedzinach, jednak ta pierwsza wychodziła jej lepiej. Tak czy siak, właśnie przekroczyła próg komnaty muzycznej i mimo możliwej ucieczki postanowiła zostać. Powitała profesora uśmiechem, co wcale nie zdarzało jej się tak często. Co było tego powodem? Na pewno dobry humor. Gdyby nie on zapewne panna Villain nawet nie pomyślałaby o przyjściu na przesłuchanie.
Nie chcąc marnować czasu (bardziej swojego niż profesora) zajęła miejsce nieopodal Crispina. Rozglądnęła się dookoła. Zastały widok poszerzył jej uśmiech.
-Albo przyszłam jako pierwsza, albo jest już po przesłuchaniu- zachichotała, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Osobiście stawiała na to pierwsze. Tak naprawdę gdyby nie przechodziła obok komnaty zapewne w ogóle nie przyszłaby na przesłuchanie, a nawet jeżeli- to jako jedna z ostatnich.
-Jestem Haerowen Villain. Slytherin, klasa szósta- westchnęła. Nigdy nie lubiła takich oficjalnych rozmów, polegających na opowiadaniu o sobie jakby się wypełniało ankietę czy kartę zdrowotną. Haerowen Villain, uczennica klasy szóstej, rozległa grzybica stóp oraz świąd na całym ciele. Oczywiście, ze żartuję! Dziewczę nie ma żadnych problemów z muchomorami pomiędzy palcami, nie bójcie się.
-Nie powiem, abym od zawsze marzyła o karierze muzycznej, zwłaszcza w szkolnym chórze. Ale chyba się tu nadam. Nie zauważyłam, aby ktokolwiek uciekał, kiedy śpiewam a poza tym wniosę do grupy wiele... nowych emocji- uśmiechnęła się. Miejmy nadzieję, iż nauczyciel nie spoglądał w jej oczy, gdyż pojawił się w nich złośliwy, może wręcz niebezpieczny błysk. No nie przesadzajmy- psychopatą nie było, ale atmosfera wokół niej zawsze jest gęsta, niezależnie od reszty otoczenia.
-Poza tym jestem już w szóstej w klasie, więc nie mam już tylu zajęć, co w zeszłym roku. A co za tym idzie, mam więcej czasu na inne zajęcia. Na przykład chór!- I na tym koniec błyskotliwej przemowy. Wzruszyła ramionami, nie mając właściwie nic lepszego do powiedzenia. Bo co miała powiedzieć? Że wpadła na pomysł uczęszczania na chór raptem kilka minut temu? Miała przyznać, iż chciała śpiewać dla zabicia czasu? No właśnie! Pan Fairchild nie byłby zachwycony. Chociaż... to go tam wie?
Haerowen westchnęła, pocierając zziębniętymi dłońmi o kolana. Szata nie sprawdzała się podczas zimy.
-Ach tak, piosenka- skrzywiła się. Wcale, ale to wcale nie miała ochoty na prezentowanie swoich umiejętności. No ale! Wyboru jako tako nie miała. Pozbyła się grymasu i zaczęła śpiewać, bez wcześniejszego przedstawienia utworu.
Let me sail, let me sail,
let the orinoco flow,
Let me reach, let me beach
On the shores of Tripoli.
Let me sail, let me sail,
Let me crash upon your shore,
Let me reach, let me beach
Far beyond the Yellow Sea.

Może zdarzyło jej się zafałszować, raz czy dwa, jednak profesor nie powinien mieć jej tego za złe. W końcu nie miała czasu na rozgrzanie głosu. A poza tymi dwoma drobnymi wpadkami szło jej nieźle!
From Bissau to Palau - in the shade of Avalon,
From Fiji to Tiree and the Isles of Ebony,
From Peru to Cebu hear the power of Babylon,
From Bali to Cali - far beneath the Coral Sea.

Nie była to cała piosenka, jednak Haerowen uznała, że tyle wystarczy. Kiedy skończyła uśmiechnęła się ponownie i odchrząknęła, oczekując werdyktu.
avatar
Haerowen Villain
Dorosły

Liczba postów : 63
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Londyn

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Alex Grant on Wto 8 Mar - 21:54

Gdyby tylko mógł uniknąłby tego. Ale oczywiście był głupi i dal się wmanewrować w coś czego nie chciał. Tak to jest kiedy wypije się za dużo alkoholu i jest się zbyt pewnym siebie. Stal więc chwile przed drzwiami do komnaty muzycznej szukając w głowie jakiegoś wyjścia z tej idiotycznej sytuacji. Niestety nie mógł się z tego tak łatwo wymigać. Najwyżej po prostu go nie przyjmą, z tym ze wtedy będzie miał dodatkową rzecz do wykonania. Postanowił więc że choć raz w życiu do czegoś się przyłoży.
Także po chwili takiego durnego myślenia po prostu wszedł do komnaty. Akurat w momencie kiedy inna ślizgonka kończyła swój występ. Uśmiechnął się pod nosem. Czyli wielkiej konkurencji nie będzie. Równocześnie do głowy mu przyszło, że Audrey powinna się tutaj zjawić. Miała niesamowity glos i ten chór by tylko zyskał kiedy ona by tutaj śpiewała.
Poczekał grzecznie aż panna Villain skończy i usiądzie i wtedy on wyszedł przed nauczyciela. Spojrzał na niego z ledwo widocznym uśmiechem na ustach. Merlinie, jak on chciał stad uciec!
- Aleksander Grant, Slytherin, klasa siódma.po raz kolejny. – dopowiedział sobie w myślach co wywołało kolejny uśmiech na twarzy ślizgona. Coś miał dziś dobry humor mimo tej głupiej przegranej. Może podświadomie chciał przegrać aby przyjść do tego chóru i spełniać się na tle muzycznym? Taaa, analizy psychologiczne chyba nie są dla niego.
- Jako, że w tym roku nie musze się za dużo uczyć bo pamiętam wszystko z zeszłego roku, to stwierdziłem że oprócz Quidditcha przyda mi się jeszcze jakieś zajęcie. – wzruszył ramionami nie wiedząc co jeszcze mogł powiedzieć o sobie. - nie śpiewam jakoś genialnie, ale tez uszy nie więdną więc chyba się nadaje.
Wsadził ręce do kieszeni rozglądając się po komnacie. Jakoś pewność siebie z niego uleciała. Czuł się nagle przytłoczony całym otoczeniem a już w szczególności ta głupią sytuacją.
- Uwaga, zaczynam. – mruknął i westchnął cicho. Po chwili z jego gardła wydobyl się lekko zachrypnięty głos.
Steve walks warily down the street
With his brim pulled way down low
Ain't no sound but the sound of his feet
Machine guns ready to go

Are you ready hey are you ready for this?
Are you hanging on the edge of your seat?
Out of the doorway the bullets rip
To the sound of the beat yeah

Another one bites the dust
Another one bites the dust
And another one gone and another one gone
Another one bites the dust
Hey I'm gonna get you too
Another one bites the dust

Śpiewał generalnie w miarę czysto, a przynajmniej się staral. Stwierdzil jednak, że tyle wystarczy i po drugiej zwrotce skończył.
- I to by było na tyle. – powiedział uśmiechając się pod nosem. Zerknał na ślizgonkę i skinał jej głową tak jakby dopiero teraz ja zauważył. - Wyniki maja być wywieszone, tak? W takim razie dziękuję za uwagę. - spojrzał jeszcze raz nauczycielowi w oczy i wyszedł z komnaty ze śladem kolejnego niepokojącego usmiechu na ustach. cały Grant...
avatar
Alex Grant
Dorosły

Liczba postów : 605
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Anglia, Camberley

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Eve Evans on Sro 9 Mar - 13:04

Eve błąkała się po korytarzach w poszukiwaniu radości. Po ostatnim meczu z Krukonami była ponura i łatwo można ją było zdenerwować.
Przegraliśmy! – jęczała w myślach. – Och, cóż to była za porażka… tak marnie odbijać tłuczka!
Wiedziała, że nie tylko ona była winna tej przegranej. Była jednak współwinna, bo sama również grała okropnie. Nie. Nie bawiła się w usprawiedliwienia typu „Mieliśmy gorszy dzień” albo „Następnym razem pójdzie nam lepiej”. Zamiast się pocieszać, zaczęła działać. Z resztą, tak samo jak reszta drużyny. Robili treningi częściej niż kiedykolwiek, bo mieli zamiar wygrać w tym roku puchar Quidditcha.
Właśnie zmierzała na trening, gdy usłyszała czyjś głos dobiegający z komnaty muzycznej. Nagle ją olśniło. Rekrutacja do chóru! Eve zdawała sobie sprawę z tego, że do treningu trochę czasu jej zostało, a śpiew może ją tylko podnieść na duchu. Dlatego też postanowiła odwiedzić profesora Fairchild’a.
Weszła do klasy, mijając się z ciemnowłosym chłopakiem, który uśmiechał się jakoś dziwnie. Znała go. Był obrońcom w drużynie Ślizgonów. Przypomniał jej się kolejny mecz, tym razem jednak wygrany. A wtedy Puchoni grali z zielonymi. Ach! Cóż to był za mecz! Eve uśmiechnęła się wrednie na jego wspomnienie, ale nie patrzyła już na Granta, tylko na profesora. W komnacie muzycznej była jeszcze jedna osoba, dziewczyna. Eve kojarzyła ją z lekcji starożytnych run, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć, jak dziewczyna ma na imię. Z resztą, nie to było ważne.
Uśmiechnęła się zawadiacko, jak to miała w zwyczaju, stając przed biurkiem profesora.
- Eve Evans. Huffepluff, klasa szósta – powiedziała, skinąwszy głową. Nie była jakoś szczególnie zestresowana, czy rozemocjonowana. Była pewna swego, jak zawsze. Poza tym nie przyszła na przesłuchanie, aby się bać. Lubiła śpiewać, często robiła to publicznie. A i jej gadka nie była taka zła. Więc nie było żadnego problemu.
- Myślę, że nie muszę się jakoś specjalnie prezentować, profesorze? – spytała, wpatrując się w nauczyciela. – Przypuszczam, iż wystarczy, że kocham muzykę. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem… to znaczy, zanim trafiłam do Hogwartu, brałam udział w wielu mugolskich konkursach w śpiewie. Czasami dogrywałyśmy na jakichś instrumentach. Jeżeli o mnie chodzi, najczęściej była to gitara.
Przemowa jak przemowa – nudna, bez ogólnego sensu. Nie liczyły się bowiem słowa tylko śpiew i miłość do muzyki. Przynajmniej z takiego założenia wychodziła Eve. Dlatego też, bez zbędnych ceregieli, po prostu zaczęła śpiewać.
Głos Eve był niski i lekko zachrypnięty, nietypowy. Miał wspaniałe brzmienie. Był silny, było w nim słychać uczucia, które płynęły prosto z serca Puchonki. Śpiewała pięknie, miała do muzyki talent i ucho. Czego nie można powiedzieć o rysunku… ale mówimy teraz o czymś innym.
Jej głos w pierwszej chwili, jak się wydawało, nadawał się tylko do solówek. Ale Eve potrafiła się dostosować. Śpiewanie w chórze, na głosy było dla niej równie fascynujące. A profesor z pewnością to dostrzegł.
Kiedy Puchonka skończyła śpiewać, bez słowa odsunęła się na bok i opuściła klasę.
avatar
Eve Evans
Uczeń

Liczba postów : 61
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Anglia, Londyn

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Audrey Sheridan on Czw 10 Mar - 22:29

Tego się nie spodziewała. To znaczy, owszem, była świadoma, że Grant byłby do tego zdolny, ale na brodę Merlina - żeby to zrobił?! Czy to nie on wstydził się pokazywania z nią publicznie? Przecież mimo wszystko nie naraziłby się na ewentualnie komentarze ze strony reszty braci uczniowskiej, tylko z jej powodu. A jednak. Nim zdążyła się zorientować, została uniesiona do góry bez możliwości oswobodzenia się i zaniesiona w stronę komnaty muzycznej. Na nic zdały się jej protesty, piski krzyki, czy też poprzednio targające nią wątpliwości. Właśnie była siłą ciągnięta na to przesłuchanie i nic nie mogło tego odwrócić. Drzwi otworzyły ze skrzypnięciem, a oni weszli do środka; Alex łaskawie postawił ją na środku sali, skinął głową w stronę profesora i opuścił pomieszczenie, zostawiając ją na postawę losu. Sądząc po minie Crispina, nie był szczególnie uradowany rozwojem wydarzeń, jednakże ona nie potrafiła się mu dziwić. Zwłaszcza, że nie tak dawno temu przesłuchanie opuścił "jej chłopak", którego przecież sympatią nie darzył. Nerwowo rozejrzała się po pomieszczeniu - nikogo więcej. Poczuła nieopisaną wręcz ulgę, ze świadomości, że będzie śpiewać jedynie przed swoim ukochanym, ale co później? Co jeśli się dostanie? Wtedy nie będą tylko we dwoje. Westchnęła ciężko, postanawiając kontynuować ich zwyczajową grę, na wypadek gdyby coś notowało przebieg wydarzenia lub ktoś postanowił nagle wejść.
- Sheridan Audrey, lat szesnaście, Gryffindor - powiedziała dość spokojnie, radośnie uśmiechając się do Fairchilda. Naprawdę cieszyła się, że go widzi, jednakowoż nie podobało jej się, że znowu siedzi za katedrą, wyglądając jak jej nauczyciel. Którym, mimo wszystko był. Po tym jakże krótkim wstępie, który i tak nie stanowił dla niego żadnej nowości, kontynuowała swoją wypowiedź. - Przyszłam tu, bo... właściwie zostałam wniesiona siłą. W każdym razie, nie lubię śpiewać publicznie, to mnie peszy. Jednakże odkąd chłopak, którego kocham usłyszał przypadkiem jak śpiewam pod prysznicem, najwyraźniej nie potrafi tego odpuścić. To on chciał, abym się zgłosiła, a ja nie potrafię mu odmówić - tu puściła do profesora perskie oczko, wciąż uśmiechając się - W każdym razie - postanowiła jednak dodać coś, co wyglądałoby dobrze na papierze, na wypadek gdyby sprawozdanie z przesłuchania było prowadzone - jako dziecko marzyłam, żeby rozpocząć karierę muzyczną, ale jakoś nigdy nie było ku temu sposobności. Potem chyba z tego wyrosłam. Jestem kapitanem drużyny i prefektem, ale sądzę, że uda mi się znaleźć czas na kolejne zajęcia poza lekcyjne, a chór wydaje się strzałem w dziesiątkę. - Zakończyła wypowiedź, wpychając dłonie do kieszeni swetra. Zapomniała o czymś, tego była pewna. W każdym razie, najgorszą część miała już za sobą. - Mam śpiewać? - zapytała, jak gdyby nagle ją olśniło. Doczekawszy się potwierdzenia ze strony profesora, zaczęła:
- Cry baby, cry baby, cry baby,
Honey, welcome back home.

I know she told you,
Honey I know she told you that she loved you
Much more than I did,
But all I know is that she left you,
And you swear that you just don’t know why,
But you know, honey I’ll always,
I’ll always be around if you ever want me
Come on and cry, cry baby, cry baby, cry baby,
Oh honey, welcome back home.

Don’t you know, honey,
Ain’t nobody ever gonna love you
The way I try to do ?
Who’ll take all your pain,
Honey, your heartache, too ?
And if you need me, you know
That I’ll always be around if you ever want me
Come on and cry, cry baby, cry baby, cry baby,
Oh daddy, like you always saying to do.

Zaśpiewała jedynie dwie zwrotki, ale to musiało wystarczyć. W połączeniu z repertuarem, który sobie wybrała, jej głos prezentował się niesamowicie - mocny, głęboki, ciepły, wysoki z delikatną "tarką". Niesamowity. To, co potrafiła z nim zrobić bez żadnego przygotowania przekraczało granicę ludzkiego wyobrażenia. Nie dało się zaprzeczyć, że ta niepozorna, rudowłosa istotka śpiewem potrafiła hipnotyzować niczym syrena. Zachwycała, powalała na kolana. Po wszystkim zakończyła skromnym dygnięciem i nie mogąc się powstrzymać rzuciła - Do zobaczenia wieczorem, panie profesorze. Mam szlaban za nieoddanie trzech prac domowych pod rząd - pożegnała się i opuściła komnatę muzyczną.
avatar
Audrey Sheridan
Dorosły

Liczba postów : 663
Czystość krwi : pół na pół
Skąd : Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Niamh O'Dwyer on Sob 12 Mar - 0:54

Niamh stała obok przyglądając się wszystkim uczniom przewijającym się przez komnatę muzyczną. Może tłumów nie było, jednak obecność tych kilku osób wystarczyła, aby ogarnęła ją niepewność. W prawdzie udział w chórze nie był spełnieniem jej marzeń i nie planowała przejmować się niepowodzeniem, jednak miło byłoby się dostać. Niamh wiedziała, że ma dobry głos i lubiła śpiewać. Z resztą, już kilka razy brała udział w różnorodnych występach, więc dlaczego miałoby nie udać się tym razem? Z tą myślą w głowie weszła do komnaty zaraz po rudowłosej dziewczynie, wyglądającej na zadowoloną ze swojego występu.
-Co ma być to będzie- mruknęła pod nosem i zamknęła za sobą drzwi. Niamh odgarnęła włosy za ucho rozglądając się po sali. Cienka, pleciona opaska zsunęła się z jej czoła i wylądowała na nosie puchonki. Nieźle się zaczyna pomyślała. To jednak nie wystarczyło do przepędzenia uśmiechu z jej twarzy.
W drodze do profesora Niamh poprawiła opaskę. Kiedy już dotarła na miejsce usiadła, prostując gwałtownie plecy.
-Niamh O'Dwyer- odparła, po czym zamilkła. Dopiero po chwili zorientowała się, iż wypadałoby podać również dom czy klasę.-Hufflepuff oczywiście. Klasa szósta.
Trudno powiedzieć, czy była zdenerwowana. Z jednej strony zaczęła martwić się możliwą porażką, z drugiej zaś cieszyła się z możliwości pokazania swojego talentu. Czy raczej umiejętności i ciężkiej pracy. Bo w końcu talent nie ma znaczenia, jeżeli nie będziemy nad nim pracować.
-Uważam, że nadaję się do chóru, ponieważ... No cóż, miałam już kilka razy okazję występować i podobno mam dobry głos. Ale to nie mnie wypada oceniać- zaśmiała się. A jakże uroczo! Jej głos miał w sobie coś tak wyjątkowe, iż wystarczyło posłuchać tego, co Niamh mówi aby mieć pewność, że zadziwi swoim śpiewem.
-Czasami śpiewałam jednorożcom w hodowli rodziców, kiedy się denerwowały. Głównie przed burzą, czy nawet w trakcie. I słuchały. Nie wiem czy to rzeczywiście moja zasługa, ale wydaje mi się, że to je uspokajało. Myślałam, że wystarczy im śpiew, czyjkolwiek, ale kiedy ojciec spróbował mało nie staranowały zagrody. Głosu po nim raczej nie odziedziczyłam.
Uśmiechnęła się do profesora. To wszystko, co mówiła, brzmiało jakby było rzeczą oczywistą czy nawet wręcz nieistotną. Raczej zdawała sobie sprawę z urody swojego głosu, jednak nie miała zamiaru robić z siebie wielkiej gwiazdy. Talent muzyczny nie wystarczył, aby stać się kimś wartościowym.
-To ja może zacznę...- odparła, z nieco mniejsza pewnością niż wcześniej. Kiedy profesor kiwnął głową, opuściła wzrok i złączyła dłonie. Odchrząknęła.

Last night I dreamt of San Pedro
Just like I'd never gone, I knew the song
A young girl with eyes like the desert
It all seems like yesterday, not far away


Tropical the island breeze
All of nature wild and free
This is where I long to be
La isla bonita
And when the samba played
The sun would set so high
Ring through my ears and sting my eyes
Your Spanish lullaby


Na tym skończyła. Piosenka miała zwrotek, jednak chyba nie było sensu ich śpiewać. Niamh podniosła się z krzesła i opuściła salę, nie wiedząc jak wielkie wrażenie zrobiła na nauczycielu. Bo zrobiła, prawda?
avatar
Niamh O'Dwyer
Dorosły

Liczba postów : 21
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Irlandia

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Samantha Sullivan on Czw 17 Mar - 23:17

Pchnęła ciężkie drzwi komnaty muzycznej i wemknęła się do środka, chłonąc szafirowymi oczami każdy otaczający ją szczegół. Cóż, było ich tu więcej niż się spodziewała. Większość znała przelotnie, twarze kojarzyła z korytarzy, ale z racji że nie należała do osób najśmielszych i z łatwością nawiązujących znajomości nie byli to jej dobrzy przyjaciele. Rzuciła teraz nielicznym przelotne „Cześć”, do większości nie odezwała się słowem. Po prostu szła przed siebie, wiedząc, że ma coś do zrobienia i planując wykonać to jak najlepiej. Jak zawsze, była bowiem perfekcjonistką. Usiadła w kącie pod ścianą i zajęła się przyglądaniem innym uczniom, którzy zapragnęli dostać się do chóru z nieznanych jej powodów. Twarz niektórych wyrażała strach i tremę, inni byli podekscytowani możliwością wykazania się przed szerszą publicznością, jeszcze inni po prostu przyszli, żeby wykonać pewnego rodzaju pracę, która być może dawała im satysfakcje, a być może przyszli tu z bliżej nieokreślonych powodów. I być może do tej ostatniej grupy właśnie należała. Przyszła, żeby zająć czymś umysł. Po to, żeby odciągnąć myśli o jednego tematu, żeby choć w części uporządkować sobie pewne sprawy. Bo jeśli nie pomoże twórcze zajęcie, to co pomoże? Profesor przesłuchiwał kolejne osoby, a nią nie targały żadne wyższe emocje. Wszyscy pałali podnieceniem, a przynajmniej zdecydowana większość. Ona siedziała niewzruszona, jakby przyszła tu z obowiązku. Nie, wcale nie. Muzyka towarzyszyła jej na każdym kroku, a więc dlaczego nie miałaby zacząć robić cokolwiek, co sprawia jej przyjemność, pomijając sporządzanie mikstur? Nagle zauważyła na sobie wzrok profesora, który powiadomił ją, że przyszła jej kolej. Zacisnęła ręce w pięści, tłumiąc zdenerwowanie i podniosła się z ziemi. Nie była to bynajmniej trema, tylko delikatnie zarysowana niepewność. Utkwiła spojrzenie w czubkach swoich butów, po czym podniosła kącik ust ku górze. Gdy coś robiła, chciała robić to doskonale. Taka już była. Gdy chciała mogła przezwyciężyć niepewność pokładami determinacji, które w niej tkwiły.


- Samantha Sullivan, klasa siódma, Gryffindor. – wymówiła na jednym wydechu. – Przyszłam tu ponieważ postanowiłam coś ze sobą ... ekhm, wreszcie zrobić. Nie mogę dobrowolnie pozwolić, by wiecznie nazywali mnie kujonem, więc po namyśle stwierdziłam, że muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, które wbrew pozorom nie nazywa się „nauka”. – uśmiechnęła się nieznacznie, po czym wzięła głęboki wdech i przymknęła powieki, przechodząc w błogi stan rozkoszowania się muzyką.


- She keeps Moet and Chandon in her pretty cabinet.
'Let them eat cake' she says
Just like Marie Antoinette.
A built in remedy for Khrushchev and Kennedy
And anytime an invitation you can decline.
Caviar and cigarettes, well versed in etiquette,
Extr'ordinarily nice.

She's a killer queen,
Gunpowder, gelatine.
Dynamite with a lazer beam
Guaranteed to blow your mind
Recommended at the price
Insatiable an appetite, wanna try?


Jak bardzo mylne wrażenie sprawiała jej nienaganna fryzura, twarz anioła i delikatne gesty. Wewnątrz niej był ogień, który przekładał się na jej magnetyzujący głos. Był mocny, momentami naturalnie zachrypnięty. Przede wszystkim jednak silny i czysty. Skończyła, ukłoniła się nieznacznie i odwróciła na pięcie. Chwiejąc się niebezpiecznie, ale z uśmiechem na ustach ruszyła w stronę wyjścia z komnaty muzycznej. Po raz pierwszy tego dnia stwierdziła, że mogłaby śpiewać w szkolnym chórze.
avatar
Samantha Sullivan
Dorosły

Liczba postów : 28
Czystość krwi : mugolska.
Skąd : Crawley, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Jules Hoytenberry on Nie 27 Mar - 18:37

Co właściwie podkusiło Julesa do tego, by przyjść na przesłuchanie do szkolnego chóru? Co w ogóle sprawiło, że w jego głowie w ogóle zakiełkowała podobna myśl? Nie wiedział. Zawsze uważał bowiem takie przedsięwzięcia za beznadziejne, bezsensowne i „bez” ogólnie. Nie bawiło go publiczne pokazywanie się przed bracią uczniowską i robienie z siebie przedstawienia. Może jednak ten krok miał być pretekstem do ponownego szukania ucieczki od tego całego absurdu, w jaki zmieniło się jego życie. Może była to zwykła, ludzka ciekawość. A może chęć zabicia czasu i oderwania się od nauki do OWUTEMów. Nie wiedział. W sumie nie chciał wiedzieć. To nie miało znaczenia. Przyszedł i już. Chyba chciał się sprawdzić, postawić przed sobą nowe wyzwanie, które absolutnie nie pasowałoby do kreowanego tak misternie przez wiele lat wizerunku jego osoby. Nie przejmował się tym. To zdarzenie i tak niewiele by zmieniło, a on koniecznie musiał zająć umysł czymś, co chociaż na chwilę pozwoliłoby oderwać myśli od ojca, od wampirów, od życia. Muzyka miała być tym wyzwoleniem, jednak na ile uda się je osiągnąć, to miał pokazać czas. Czas i chęci samego Juliusa. Z tym jednak na ogół było ciężko. Lecz może sama chęć pokazania się na przesłuchaniu była pierwszym krokiem ku lepszemu życiu? O ile takie w ogóle miało prawo bytu w świecie, w jakim pogrążył się Hoytenberry.
Wzruszył ramionami, nie zważając na nic i wszedł do komnaty muzycznej. Ludzi było jeszcze trochę, lecz większość najwyraźniej już opuściła przesłuchanie. Albo chętnych było po prostu tak niewielu? To tez nie miało znaczenia.
- Julius Hoytenberry – przedstawił się i to powinno wystarczyć profesorowi, wszak wszyscy belfrowie, chcąc czy nie chcąc, musieli znać całą jego rodzinę. Po prostu. Trudno było nie wiedzieć kim są Hoytenberry'owie. Trudno było nie wiedzieć kim jest sam Jules. Plotki, nawet wśród nauczycieli, bardzo szybko się rozchodzą. – Profesorze... Cała sprawa wygląda następująco – nie potrafię podać konkretnych powodów przyjścia na przesłuchanie, takich bowiem nie ma. Nie wiem, co mną kierowało, gdy zmierzałem w stronę komnaty muzycznej. Nie wiem nawet, czy posiadam talent, dzięki któremu mógłbym sprawić, iż dostałbym się do chóru. Jednak ocenianie tego leży w gestii pana profesora – powiedział, uważnie przyglądając się mężczyźnie. Uczono go, że podczas rozmowy jednym z najważniejszych zachowań jest utrzymywanie kontaktu wzrokowego, jako szacunku dla rozmówcy. To robiło dobre wrażenie. – Chciałbym jednakże napomknąć, iż mimo wszystko zależy mi... Zależy mi, by szkolny chór nie był ubogi o moją osobę – zakończył nieco koślawo, jakby nie był pewny tego, co mówi.
Następnie wciągnął głęboko powietrze, próbując się uspokoić. Nie zauważył nawet kiedy serce zaczęło bić mu szybciej, niż powinno. Wszak było to tylko przesłuchanie do głupiego chóru! To nie był egzamin, który mógłby zaważyć na jego dalszym rozwoju.
A potem zaczął śpiewać mocnym, nieco ochrypłym głosem...

- I saw her dancing there by the record machine
I knew she must have been about seventeen
The beat was going strong, playing my favourite song
And I could tell it wouldn't be long
'Til she was with me (Yeah me)
And I could tell it wouldn't be long
'Til she was with me (Yeah me)
Singing

I love rock n' roll
So put another dime in the jukebox, baby
I love rock n' roll
So come on take your time and dance with me

She smiled, so I got up and asked for her name
"That don't matter," she said, "'cause it's all the same"
I said, "Can I take you home where we can be alone?"


Gdy skończył, nie śpiewając utworu The Arrows do końca, ponieważ nie chciał trwonić cennego czasu nauczyciela, skłonił lekko głowę i wolnym krokiem opuścił pomieszczenie.
Co ma być, to będzie.
avatar
Jules Hoytenberry
Dorosły

Liczba postów : 50
Czystość krwi : no, zgadnij
Skąd : Irvine, Wielka Brytania

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Crispin Fairchild on Nie 3 Kwi - 1:13

Po zakończonym przesłuchaniu, Crispin, stwierdził z ulgą, że frekwencja nie była znowuż aż taka koszmarna, czego się w sumie zbytnio nie spodziewał... Decydując się na założenie chóru szkolnego i w końcu zamieszczając odpowiednie ogłoszenie na tablicy, zdawał sobie sprawę, iż powinien liczyć się z tym, że chętnych z talentem będzie można policzyć na palcach jednej dłoni. Ale warto było zaryzykować, by posłuchać tych, którzy naprawdę chcieli tu być, przyczynić się do powstania nowej organizacji w Hogwarcie.
Mężczyzna przesłuchał każdego kandydata, próbując jednocześnie robiąc notatki i poświęcać należytą uwagę osobą przychodzącym na casting. Po zakończeniu przesłuchania i upewnieniu się, iż za drzwiami nie oczekuje żadna persona, usiadł za biurkiem, czyniąc selekcję członków chóru, co wbrew pozorom nie było znowuż takim łatwym zajęciem. Uczył niektórych z nich, i bądź co bądź, ale niełatwo mu było w niektórych przypadkach poskromić swój subiektywizm. Skończywszy czynność, spojrzał na pergamin z nazwiskami osób, które znajdą się w grupie, i spakował swoje rzeczy z powrotem do torby, a następnie wyszedł z pomieszczenia kierując się na tablicę ogłoszeń, gdzie wywiesił ów informację:

LISTA PRZYJĘTYCH DO SZKOLNEGO CHÓRU:

  1. Haerowen Villain
  2. Alex Grant
  3. Eve Evans
  4. Audrey Sheridan
  5. Niamh O'Dwyer
  6. Samantha Sullivan
  7. Jules Hoytenberry
  8. Prudence Sayers


Ostatnio zmieniony przez Crispin Fairchild dnia Nie 22 Maj - 14:28, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Crispin Fairchild
Dorosły

Liczba postów : 183
Czystość krwi : czysta
Skąd : Londyn, Anglia

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Prudence Sayers on Sro 18 Maj - 19:21

Prudence wiedziała, że o czymś zapomniała. Ba, Prudence była przekonana, że o czymś zapomniała; wertując opasłe tomiska w szkolnej bibliotece nie mogła pozbyć się wrażenia, że powinna znajdować się teraz w zupełnie innym miejscu. Obiecała pomóc komuś w nauce? Nie, nie, przecież o tym zawsze pamiętała. Bądź co bądź uważała się za jedną z najbardziej sumiennych osób w tej szkole, a pomoc innym zdawała się być jej życiową misją. Oczywiście tuż po zostaniu uzdrowicielką i założeniu niebywale zgranej, amerykańskiej rodziny. Westchnęła ciężko, zakładając za ucho kosmyk perfekcjonalnie uczesanych włosów. Z całą pewnością, powinna być w innym miejscu. I właśnie wtedy, kiedy minął ją nucący pod nosem trzecioklasista, doznała olśnienia - przesłuchanie do chóru! Szybko wrzuciła do skórzanej torby książkę i rzucając błagalne spojrzenie bibliotekarce, pobiegła do komnaty muzycznej. Na miejsce dotarła oczywiście spóźniona. Przeklinając w myślach samą siebie (wszak ona, Prudence Penelope Sayers, nie spóźniała się nigdy) grzecznie zapukała, by słysząc ciche proszę, uchylić drzwi. Profesor Fairchild szczęśliwie jeszcze nie zdążył opuścić miejsca przesłuchań, może miała szansę?
- Dzień dobry, panie profesorze. Zdaję sobie sprawę, że przesłuchania do chóru już się zakończyły, ale może mógłby pan, wyjątkowo, poświęcić mi pół minutki? Zupełnie pochłonęły mnie przygotowania do egzaminów, a bardzo zależy mi na dostaniu się. Proszę? Tylko zaśpiewam i już mnie nie ma! - powiedziała grzecznym tonem.
A jej radość nie znała granic, kiedy usłyszała pozytywną odpowiedź.
Prudie pewnie weszła do sali i stanęła w bezpiecznej odległości przed biurkiem profesora. Poprawiła swoją ołówkową, czarną spódniczkę, która przekrzywiła się lekko podczas biegu i właśnie godziła w jej poczucie estetyki, po czym odchrząknęła i zaczęła śpiewać:
- The moment I wake up
Before I put on my makeup
I say a little prayer for you
While combing my hair, now,
And wondering what dress to wear, now,
I say a little prayer for you

Forever, forever, you'll stay in my heart
and I will love you
Forever, forever, we never will part
Oh, how I'll love you
Together, together, that's how it must be
To live without you
Would only be heartbreak for me.

Trzeba była jej przyznać, że okazała się niebywale rytmiczna, zwłaszcza w trakcie refrenu. Głosik miała czysty, wymawiała wszystkie słowa z niezwykłą starannością. Był to dobry występ, choć zdecydowanie daleko jej było to gwiazd estradowych. Po występie dygnęła, jak na panienkę z dobrego domu przystało, i uśmiechnęła się.
- Dziękuję za szansę, panie profesorze. Prudence Sayers, klasa V, Hufflepuff. Mam nadzieję, że pozytywnie rozpatrzy pan moją kandydaturę.
Pożegnała się i opuściła komnatę muzyczną.
avatar
Prudence Sayers
Uczeń

Liczba postów : 36
Czystość krwi : mugolska
Skąd : się biorą dzieci?

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Rose Bradford on Nie 29 Maj - 23:31

Dzisiejszy dzień był jednym z najfajniejszych dni na świecie! W każdym razie tak twierdziła Rose, którą rozpierała fala pozytywnych emocji. A miała z czego się cieszyć! Po raz pierwszy w życiu cały dzień spędziła produktywnie, odrabiając wszystkie zaległe przedmioty, o których zapomniała, ale udało jej się przypomnieć. Znalazła nawet swój kalendarz sprzed dwóch miesięcy! Nieważne, że już jest nieaktualny, dalsze jego puste strony mogą zostać ponownie wykorzystywane do mini zapisków.
W każdym razie postanowiła uwieńczyć ten jakże wspaniały dzień grą na skrzypcach, które już zdążyły się zakurzyć. Ostatnio traciła czas na głupoty, co zawstydzało Gryfonkę.
Otworzyła futerał, po czym wyciągnęła skrzypce. Najpierw je nastroiła, a następnie zaczęła grać jej ulubioną piosenkę z dzieciństwa: "Z popielnika". Zamknęła oczy i pogrążyła się w grze.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Frederick Daughtery on Nie 29 Maj - 23:50

Z pewnością Freddie nie podzielał tego entuzjazmu, który praktycznie codziennie dopisywał Rose. A już szczególnie dzisiaj. Czemu ? Ponieważ dzisiejszy dzień Daughteriego należał do tych nudniejszych, w których to Freddie krąży po zamku nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wszyscy jakoś się rozeszli po kątach, a blondyn nie miał zamiaru za nimi gonić bawiąc się w kotka i myszkę. Postanowił spędzić niedzielę w spokojnym, samotnym, a przede wszystkim rozluźniającym klimacie. Pół dnia leżał we własnym dormitorium czytając jakąś denną książkę wypożyczoną z biblioteki, przy której zasnął parę razy. Sam nie wiedział czemu zamiast odłożyć ją po prostu, męczył się z nią dalej. Następnie po obiedzie, kiedy żołądek Freddiego był wystarczająco wypełniony, chłopak zabrał się za pisanie do rodziców. Fakt, faktem nie robił tego zbyt często. Kiedyś trzeba było odpisać na 4 z kolei list matki opieprzającej go, że w ogóle się z nimi nie kontaktuje. Następnym razem za pewnie dostałby wyjca, więc wolał oszczędzić sobie wstydu i dlatego złapał za pióro i kałamarz ledwo wyskrobując pół kartki. W końcu co miał im powiedzieć? Całe to spowiadanie się było dla niego bez sensu. Na parę minut wyskoczył do sowiarnii, by wysłać list. Kiedy wracał do dormitorium usłyszał z jednej z sal na korytarzu jak ktoś gra na skrzypcach. W zasadzie i tak nie miał nic do roboty, więc postanowił sprawdzić kto ma takie rzadkie zainteresowania wśród dzisiejszej młodzieży. Gdy tylko minął drzwi zauważył siedzącą? gryfonkę - dobrze mu znaną blondynkę - Rose. Oparł się ramieniem o framugę drzwi i nie odzywał się po prostu słuchając jej gry.
avatar
Frederick Daughtery
Uczeń

Liczba postów : 19
Czystość krwi : półkrwi
Skąd : Birimngam

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Rose Bradford on Pon 30 Maj - 19:00

Rose dałaby wiele, aby móc tak samo sie nudzić jak Freddie. Jednakże dziewczyna posiada naturę osoby, która nigdy sie nie nudzi, bo ZAWSZE ma coś do zrobienia. Jak nie zaległości, to musi czegoś poszukać lub kogoś odwiedzić... Możliwości jest tysiące!
W każdym razie, mimo tego że Bradford siedziała tyłem do drzwi wejściowych, doskonale słyszała skrzypienie drzwi, które sygnalizowały czyjeś przybycie. Uśmiechnęła się pod nosem, nie przerywając gry, chcąc dokończyć melodię, którą zaczęła. Trzeba przyznać, że wiele osób wiedziało o muzycznym zainteresowaniu Gryfonki, ale tak naprawdę niewielu z nich miało okazje posłuchać chociaż jednej piosenki. W tej chwili Frederick może nazwać siebie szczęściarzem!
Gdy skończyła, powoli zsunęła skrzypce ze swojego ramienia, po czym odłożyła je do futerału. Nieśpiesznie odwróciła się do niespodziewanego gościa, który okazał się jej bardzo dobrze znany.
- Freddie! - zawołała żywo, po czym podbiegła do chłopaka, całując jego policzek na przywitanie.
Była trochę zdziwiona, widząc Daughtery'ego w tym miejscu, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Cieszyła się, że mogła go w końcu dorwać w czasie wolnym, co nie było codziennością.
- Co ty tutaj robisz? - zapytała, po czym podeszła do swoich skrzypiec, chcąc zamknąć futerał.
PO chwili spojrzała na swój zegarek,po czym odwróciła swój przerażony wzrok w stronę Gryfona.
- Cholera, muszę już iść. Jestem spóźniona! PA!
Wzięła energicznie futerał ze skrzypcami i wyszła uśmiechając się raz jeszcze do chłopaka.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Rose Bradford on Wto 11 Paź - 12:35

Odkąd przyjechała do Hogwartu, w jej uszach tkwiła jedna melodia. Już od jakiegoś czasu wsłuchiwała się w nią by zidentyfikować jej brzmienie, ale bez żadnych rezultatów. Dzisiejszą przerwę od zajęć postanowiła poświęcić muzyce i tej melodii, która z dnia na dzień stała jej się bliższa.
Weszła ostrożnie do komnaty muzycznej, by upewnić się, że jest pusta, po czym udała się na środek sali, gdzie delikatnie położyła swój instrument. Otworzyła futerał, a następnie wyciągnęła skrzypce po to, by po chwili zanurzyć się w muzyce.
Grała z zamkniętymi oczyma powracając do wspomnień z wakacji. Wspominała Ślizgona, którego nie tak dawno miała okazje poznać w Londynie, imieniny taty oraz wybryki matki, do której ostatnio traciła cierpliwość... Z każdą nutą pięła się z pasją coraz wyżej, z większym zaangażowaniem. W tym momencie zorientowała się, jak bardzo było jej to potrzebne.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Komnata muzyczna

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: Korytarze

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach