Dziedziniec wieży zegarowej

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Mistrz Gry on Pon 11 Sty - 2:50

Jeden z kilku dziedzińców w Hogwarcie. Przechodzi się na niego bezpośrednio z wieży zegarowej. Jest tu parę kamiennych ławek, na których można usiąść, a także bardzo ładna, choć niewielka fontanna.
avatar
Mistrz Gry
Mistrz Gry

Liczba postów : 3066

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Go?? on Nie 28 Lut - 1:32

I niestety takie paprotki bez charakteru włóczyły się po Hogwarcie, ostatecznie wskakując w ramiona każdemu, który się na to zgodził. Bezowocne próby usidlenia i oczarowania facetów typu Dorian Radley zazwyczaj kończyły się fiaskiem, bo takie osoby jak ognia unikały poważnych związków i żyli z zasadą hulaj duszo ile chcesz. Życie było jedynie ulotną chwilą i niezapomnianą zabawą - czasami żałowałam, że ja nie potrafiłam korzystać z uroków codzienności, wciąż tkwiąc z nosem w książkach. Może dlatego wydawałam się tak nieinteresującą personą.
Cóż, ja miło wspominałam naszą przyjaźń - i Ślizgona jeszcze przed piorunującą metamorfozą. Nie miałam pojęcia, czy to wpływ kolegów, a może nieuwaga rodziców i ich lekceważący stosunek do syna miały wpływ na magiczną przemianę Doriana, jeszcze będąc w cieplejszych stosunkach między nami wybuchła zacięta kłótnia o powody grubiańskiego zachowania mojego towarzysza.
Problem z moją aparycją (piękną czy też nie) postanowiłam zostawić w spokoju i nie wdrażać kolejny raz w zawiłe konwersacje - pogawędki o sobie nie tylko mnie niefrasobliwie nużyły, ale i wydawały się nieco żenujące. Nie lubiłam, gdy temat skupiał się na mnie - Dorian powinien o tym wiedzieć. Machnęłam lekceważąco ręką, wyginając usta w rozbawionym uśmiechu.
- Dajmy już temu spokój, mój drogi. Wierzę Ci, wierzę, ale i tak wątpię w nieomylność Twoich słów - mruknęłam jedynie, nie bacząc na to, jak Ślizgon to zinterpretuje.
I dobrze, że Dorian nie udawał czy też nie potrafił się maskować - byłam aż zanadto spostrzegawcza, to po pierwsze, poza tym nie lubiłam hipokrytów. Fałszywość była jedną z tych cech, które najbardziej mnie odrzucały. Być może właśnie z powodu błahej czy też nie, ale choć minimalnej szczerości Doriana godziłam się na spokojne pogawędki z kolegą. Ruszyłam za nim na dziedziniec, tym razem nie odzywając się. Znalazłszy się obok wieży zegarowej podbiegłam do fontanny - i w ułamku sekundy wyciągnęłam z torby kartkę w kratkę, by następnie z pozornie nic nie znaczącego papieru wyczarować statek. Tratwę wrzuciłam do wody - nie zatonęła - i pochyliłam się, dmuchając zabawkę, by posuwała się coraz dalej.
- Rejs rozpoczęty - oświadczyłam, odwróciwszy się do Doriana. Może i uważał mnie za osobę niezrównoważoną, dziwną czy wręcz infantylną - ale ciągle miałam w sobie coś z dziecka. Na pewno dmuchanie papierowych statków.

Go??
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Dorian Radley on Sro 3 Mar - 19:47

Dorian rozejrzał się dokoła, chcąc się upewnić, czy aby nikt ich nie dostrzega. Na jego szczęście nie. Chociaż musiał przyznać, że Lioslaith, swoją infantylnością go rozbawiła; ze szczerym uśmiechem na twarzy podszedł do ławki i rozsiadł się na niej, przypatrując się swojej dawnej przyjaciółce. Cóż, może i jej zachowanie odbiegało od normy, ale on nie miał zamiaru go krytykować. Oczywiście, jeśli nikt tej sceny nie zauważy, bo w przeciwnym razie będzie zmuszony głośno to skomentować. A na razie mógł rozkoszować się, z rozbawieniem wypisanym na twarzy, nienormalnym zachowaniem Krukonki.
Cały jego świat zmieniał się przez te wszystkie lata, z nim na czele, lecz musiał przyznać, że Lioslaith Rainy nie zmieniła się ani trochę. Nie wstydziła się pokazać swojego prawdziwego ja, i w pewien sposób, skrycie, Dorian ją nawet za to podziwiał. Oczywiście, sam przed sobą nawet się do tego nie przyznając. Taki już niestety jest i zdawać by się mogło, iż na zawsze taki pozostanie.
Niewątpliwie ludzie, którzy są odpowiedzialni za osobę, jaką się stał, są jego rodzice. Chociaż inne osoby, jak i on sam, także przyczyniły się do tego, ale w mniejszym stopniu. Dorian za pewnie nie potrafił mieć już ludzkich odruchów. Zawsze się maskował, udawał twardego, bo jego zdaniem tak wypadało. Zdecydowanie nie był sobą. Przy Laith było nieco inaczej. Zapominał zwykle, o tym całym udawaniu i śmiał się kiedy miał na to ochotę, a ironia w jakimś stopniu znikała z jego twarzy. Przyjaźń to piękne słowo, które Dorian na jego nieszczęście wyrzucił także ze swojego słownika, kiedy dorastał. Po latach przestał już odczuwać brak uczuć, które towarzyszyły przyjaźni, i zapominając, co to właściwie znaczy, mieć przyjaciela.
- Wiesz, że zachowujesz się niedojrzale? - zadał jej pytanie, wiedząc, że Lioslaith nie odbierze tych słów jako obrazę jej osoby - Wydawało mi się, iż Krukoni to zrównoważone osoby.
Chłopak uśmiechnąć się do dziewczyny. Zastanawiało go, skąd ona czerpie siłę na takie życie. On, nie potrafił wytrzymać bez rozrywki (a przed to słowo, rozumiał między innymi gnębienie innych), jednej tysięcznej dnia. Nie wspominając już, o pogoni za wiedzą przez Krukonów. Dorian na naukę poświęcał, cóż w sumie w ogóle nie poświęcał czasu na swoją edukację. Wszelakie wypracowania domowe, wykonują za niego inni, a dzięki temu, nieraz dostał pochwałę od nauczyciela za wybitnie wykonane zadanie. Żyć nie umierać można rzec.
avatar
Dorian Radley
Dorosły

Liczba postów : 81
Czystość krwi : czysta
Skąd : Aberdeen, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Go?? on Sro 3 Mar - 22:52

Nie miałam powodów do skrępowania. Lubiłam okazywać to, na co akurat miałam ochotę w danym momencie. Jeszcze w dzieciństwie, kiedy byłam żądna truskawkowej waty cukrowej, z pewną infantylnością tupałam zacięcie nogą i błagałam rodziców o kupienie smakołyku. Podczas oglądania ogromnych pluszowych zabawek na festynie, niejednokrotnie starałam się dziecinnie i w głupi sposób przekonać tatę do podarowania mi misia. Nie rozpieszczano mnie szczególnie - nieraz dostawałam zdrowe reprymendy, ale po prostu musiałam postawić na swoim. I ta upartość nadal głęboko we mnie tkwi - tak samo jak inne niż powinno być spojrzenie na świat.
I to w sobie ceniłam najbardziej - niezależnie od wpływu rówieśników czy zawziętości rodziców, ja nadal pozostawałam identyczną urokliwą jedenastolatką. Czasem potrafiłam ironizować, pośmiać się, zawstydzić i zarzucić wierszem rodem z innej dekady czasowej - w taki sposób ukazywała się moja odmienna natura. Czas zmieniał ludzi. Smutne jest to, że niekiedy na ludzi powściągliwych i chłodnych, ukrywających się pod złudną maską zła wcielonego.
Cieszyłam się, że Dorian w jakimś stopniu zatrzymał swoje człowieczeństwo przy mnie. Przybierając ,,dawną" postać, zdecydowanie tę postać, którą bardziej lubiłam i która zyskiwała wedle mego uznania większy szacunek, istniała szansa, że mogłam z kompanem z piaskownicy swobodnie porozmawiać. Znów najbardziej przykrym jest fakt, że rodzice zmienili swojego syna z roześmianego i pełnego życia nastolatka na zamkniętego w sobie młodzieńca, który nie przepuszcza przez własną grubą skorupę nikogo. Prychnęłam z niesmakiem, mokrą dłoń zbliżając do włosów Doriana i porządnie je mierzwiąc, przy okazji ochlapując twarz kolegi wodą. Znaczy, zimny prysznic. Dla orzeźwienia.
- A ty ile masz lat? Czterdzieści trzy? Nie pamiętasz zabaw błotnych w piaskownicy? Dla mnie to ta sama radość - zapytałam z rozbawionym uśmiechem i znów przybrawszy poważną minę, nachyliłam się, by sterować statkiem na wodzie.
Czasami życie nie miało w sobie za grosz powodów do radości - ja potrafiłam je znaleźć. Mimo że nie zawsze podchodziłam do niego z optymizmem, to starałam się szukać pozytywnych stron wpływających na moją korzyść. A najmniejszy promyk słońca potrafił wprowadzić mnie w dobry nastrój... Na naukę poświęcałam dużo czasu - chciałoby się rzecz, że za dużo. Jednak grube książki najczęściej studiowałam na świeżym powietrzu - lubiłam przyglądać się zachodowi, niesamowitym kształtom chmur, słuchać śpiewu ptaków - to, wbrew pozorom, wcale nie utrudniało mi skupienia, a wręcz przeciwnie.
- Kapitan Rainy melduje się. Czy Radley wsiada na pokład? - zapytałam, utkwiwszy spojrzenie w Ślizgonie. Miałam już swój niecny plan - pytanie, czy Dorian skaże się na ekscytującą niespodziankę słowem ,,tak".

Go??
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Dorian Radley on Pią 5 Mar - 22:39

Możliwe, iż istniał chociażby cień szansy na prawdziwą rozmowę z panem Radleyem. Niestety, nic nie wskazuje na razie, aby on przed kimkolwiek chciał, a przede wszystkim spróbował, się otworzyć. A szczera rozmowa tego wymagała. Nie można jej odbyć, kłamiąc prosto w twarz czy też udając zupełnie inną osobą niżeli się jest w rzeczywistości. Chociaż, w sumie, Dorian jest sobą. Postać jaką przybiera na co dzień, niemal już całkowicie nim zawładnęła, jednakże dodać trzeba, iż wciąż posiada dawnego siebie, w najgłębszych zakamarkach swojej duszy, ale posiada.
Bez wątpienia on nie należał do osób, których cechował kryzys wieku średniego, ale także nie czuł się jak dziecko łaknące rozrywki, w postaci wszelakich zabaw. Dorian, można rzecz, iż jak przez mgłę (a nuż nie chciał tych wspomnień...?) pamiętał wszelakie zabawy z Lioslaith Rainy. Byli wówczas, tylko dwojgiem smarkaczy, dla których największą tragedią było zgubienie łopatki, która nie wiadomo skąd, następnie znajdowała się w ich rękach.
- Nie wątpię, że łakniesz wciąż rozrywki, w postaci dziecinnych zabaw. - podsumował ją, przypatrując się w dalszym ciągu poczynaniom koleżanki
Dorian mimowolnie westchnął zastanawiając się, gdzie podziała się ich przyjaźń i jakby to było, gdyby wciąż ona trwała. Czy on byłby taką osobą jaką jest teraz, czy bardziej przypominałby tą osobę, która niegdyś znała Laith? Oczywiście jako dziecko, nie był idealny, nie miał marzeń o zbawieniu świata. Co to, to nie. Wówczas był mniej zepsuty i miał szacunek do niektórych osób, ot co. Potrafił także zachowywać chociaż pozory (nie tylko dziecka dobrze wychowanego), czego aktualnie nawet nie stara się robić. Słowo "proszę", jak i inne, tego typu wyrazy, wyrzucił ze swojego słownika bardzo dawno temu. Niewątpliwie, gdyby udało im się zachować, jakimś cudem, ich przyjaźń, on byłby bardziej znośną osobą. Lioslaith potrafi zdziałać cuda; o takiej przyjaciółce marzy niejeden zdrowy na umyśle człowiek. Niestety, nie doceniamy rzeczy, które posiadamy. Dopiero przy stracie ich, uświadamiamy sobie jak bardzo były dla nas ważne.
Pierwszą reakcją, jaka przyszła mu do głowy, po tym, jak Lioslaith zmierzwiła mu włosy (które tak nawiasem mówiąc, wyglądają już i tak jakby w życiu grzebienia nie widziały) było powiedzenie do niej jakiejś uszczypliwej uwagi. Po chwili jednak niezmiernie go rozbawiły słowa wypowiedziany zaraz po tym czynie dawnej przyjaciółki, i stwierdził, że nie ma, co robić sceny; to był tylko gest, wzgląd na dawną przyjaźń. Tak, więc uśmiechnął się lekko i spojrzał na dziewczynę.
- Tak, Radley wsiada na pokład - powiedział patrząc na Krukonkę z zaciekawieniem
Dorian nie znosił niespodzianek. Bo i po co komu one? Najczęściej zaraz po tym słowie następowało rozczarowanie. Zawsze w jego wypadku się tak działo, dlatego wolał otwarcie mówić, co chce, a drugiej osobie, zamiast słowa "niespodzianka", mówił bez owijania w bawełnę, co go czeka. Chociaż dodać trzeba, że tej od Lioslaith Rainy wyczekiwał.
avatar
Dorian Radley
Dorosły

Liczba postów : 81
Czystość krwi : czysta
Skąd : Aberdeen, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Rose Bradford on Nie 5 Cze - 16:50

Gdy w niedzielne popołudnie za oknem jest słonecznie, grzechem by było, gdyby panna Bradford nie wyszła na świeże powietrze chociaż na pięć minut.
Podczas odrabiania prac domowych dokładnie przeanalizowała wszystkie możliwe miejsca, które sprzyjałyby jej samopoczuciu. W końcu padło na dziedziniec obok wierzy zegarowej, gdyż nie jest aż zanadto przepełniony przez uczniów.
Ku jej zadowoleniu, pogoda nawet sprzyjała temu, aby mogła założyć nową sukienkę, którą przesłała jej matka.
Cała rozpromieniona rozsiadła się na ławce wyciągając ze swojej niewielkiej torby tabliczkę czekolady oraz mogolską książkę J.R.R. Tolkiena "Władca pierścieni", którą gorąco polecała jej babcia.
W tej chwili dla Rose nie było idealniejszego dnia od tego! Zaczęła z zapałem czytać wcześniej wspomnianą książkę, od czasu do czasu podkradając z opakowania kostki mlecznej czekolady.


Ostatnio zmieniony przez Rose Bradford dnia Nie 5 Cze - 22:41, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Victor Cape on Nie 5 Cze - 18:08

Rose Bradford powinna wiedzieć, że Victor Cape uwielbiał słodycze. Nicole Cape wiedziała to doskonale i za każdym razem, gdy z jej 'tajnego schowka' zniknęła jakaś czekoladka, pierwsze oskarżenia od razu padały na Victora. To samo było z większością pieniędzy, które rodzice przysyłali synowi myśląc, że wyda je na coś pożytecznego - on w tym czasie kupował papierosy, alkohol i słodycze. Tak, Victor Cape miał swoje słabe strony, dlatego też Rose nie powinna być zaskoczona kiedy nagle blada ręka ni stad ni zowąd pojawiła się na jej ramieniem i wyciągnęła bez pozwolenia kostkę mlecznej czekolady.
- Kolejne mugolskie dziwadło? - odparł Victor przeżuwając czekoladę i wskazując ręką na książkę w rękach dziewczyny.
Chłopak uniósł brew i krzywo się uśmiechnął. On także lubił czytać, ale wszystko ma swoje granice. Poza Hogwartem nie było w tym nic dziwnego, ale Victor uważał, że na terenie zamku nie powinno się przeginać z rzeczami niemagicznymi. Od czego są wakacje?
avatar
Victor Cape
Uczeń

Liczba postów : 76
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Dublin, Irlandia

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Rose Bradford on Nie 5 Cze - 21:10

Niech się Victor nie martwi - dziewczyna ma podzielność uwagi i zauważyła jak podkrada jej czekoladę. Przewróciła oczami w geście bezradności, po czym zamknęła książkę i spojrzała kwaśno na Ślizgona.
- Po pierwsze: dobre wychowanie nakazuje, aby przed podkradaniem komuś NP. SŁODYCZY powinno się zapytać tej osoby, czy też można wykonać tę czynność. Po drugie: nie mówi się z pełnymi ustami. Po trzecie: to nie jest 'mugolskie dziwadło' tylko bardzo ciekawa lektura, przynosząca wiele rozrywki. - odpowiedziała jednym tchem, po czym ponownie zaglądnęła do książki ignorując zupełnie poczynania chłopaka. W każdym razie starała się.
No dobra, na jej twarzy pojawił sie delikatny, ledwo widoczny uśmieszek. Rose przenigdy się do tego nie przyzna, lecz postawa Victora ją nieco pozytywnie rozbawiła.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Victor Cape on Nie 5 Cze - 21:25

Victor machnął ręką i pomruczał pod nosem coś w stylu ' ble ble i bla bla', następnie bezczelnie władował się na ławkę Rose i rozsiadł się jak na własnej.
- Powinnaś się nauczyć, że rodzina Cape nie wie, co to dobre wychowanie. Nie znasz mojej siostry Nicole? Jest w Gryffindorze. - od razu włożył palec do ust i zrobił krzywą minę, jakby samo słowo " Gryffindor" budziło w nim odrazę. No, ale co prawda, to prawda: Nicole zrobiła całej rodzinie niezły numer trafiając do Gryfonów i chyba sama była tym podziałem zdziwiona. Zachowywała się mniej więcej jak szpieg, który został zdemaskowany, ale wciąż pozostaje przy swojej roli i dręczy tych, których miał dręczyć. Nicole to wykapany Victor, tylko że w wersji damskiej. Chłopak przez chwilę się zastanowił, czy gdyby Nicole nie była jego siostrą, to czy by się mu podobała, ale potem uznał, że jest to zbyt obrzydliwe i zerknął z powrotem na książkę Bradford.
- No nie wiem, może i ciekawa, ale są o wiele ciekawsze. - odparł poprawiając rzemyki na nadgarstku. Ba, wszystko co czyta Victor jest o wiele ciekawsze od wszystkiego co czytają inni. Bo jakże inaczej?
avatar
Victor Cape
Uczeń

Liczba postów : 76
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Dublin, Irlandia

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Rose Bradford on Nie 5 Cze - 22:09

Tę bezczelność Rose skomentowała głośnym westchnięciem, po czym schowała książkę i spojrzała gniewnie na chłopaka. Kretyn - pomyślała.
- Oczywiście, że ją znam. I wierz mi - nie jest zupełnie pozbawiona dobrego wychowania. W przeciwieństwie do niektórych tutaj obecnych. - odpowiedziała.
Bradford za to uważa, że skoro jego siostra trafiła do Griffindoru, to musi coś w tym być! Tiara Przydziału nigdy nie przydziela uczniów bezpodstawnie. Mimo wszystko nie miała z nią złych zatarć, gdyż tak naprawdę niewiele miała z nią wspólnego. Słyszała to i owo, ale wolała nie oceniać po zwykłych plotkach. Rose to dziewczyna w różowych okularach i nic na to nie można poradzić.
- Tak, bo wszystko co TY czytasz i to co TY robisz jest o wiele ciekawsze od innych - mruknęła pod nosem, zjadając kolejną kostkę czekolady.
Spojrzała badawczo na swojego towarzysza, wyraźnie nad czymś się zastanawiając, a następnie teatralnie podparła prawą dłonią podbródek.
- W takim razie, jakie pozycje uważasz za godne uwagi? - zapytała wyniośle, unosząc jedną brew.
Była ciekawa czy chłopak cokolwiek czyta w wolnych chwilach, co nie jest lekturą zadaną przez jakiegokolwiek profesora. Nie uważała go za głupka - co to, to nie! Ale po prostu ciężko jej jest sobie wyobrazić panicza Cape z książką w ręce.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Victor Cape on Pon 6 Cze - 22:21

Victor wydał z siebie dźwięk przypominający prychnięcie.
- Najwyraźniej nie zalazłaś jej jeszcze za skórę Bradford. Moja siostra to najlepszy przykład na to, że kobiety także potrafią być nieokrzesane. - chłopak wypiął z dumą pierś. No, a kto uczył wszystkiego Nicole? ON! Poza tym, Nicole sama w sobie była po prostu wredna i pozbawiona taktu. Czasem oczywiście potrafiła się dobrze zachować, albowiem wiedziała jak i nie była głupia, ale zdecydowanie wygodniej jej było - tak jak Victorowi - po prostu wszystkich obrażać.
Ślizgon udał, że nie słyszy tego dziwnego sarkazmu w głosie Rose.
- Bo ja jestem po prostu l e p s z y. - odparł bez chwili zastanowienia. - " Historia Slytherinu", "Kiedy dobro zamienia się w zło", "Dlaczego gobliny mają zieloną skórę" " Komnata węży", wszystko to książki czarodziejów. Są po prostu lepsze i koniec.
Chłopak spojrzał na Rose, jakby to co przed chwilą powiedział było najoczywistsze pod słońcem.
- Będziesz to jadła? - wskazał na ostatnią kostkę czekolady.
avatar
Victor Cape
Uczeń

Liczba postów : 76
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Dublin, Irlandia

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Rose Bradford on Wto 7 Cze - 20:52

Rose uśmiechnęła się pod nosem.
- Ja nie mam zamiaru zaprzeczać stwierdzeniu, że kobiety także potrafią być nieokrzesane. I nie zaprzeczę faktowi, że twoja siostra ma charakterek, ALE... - tu zrobiła pauzę, pozwalając sobie na skonsumowanie kolejnej kostki czekolady - ...śmiem twierdzić iż miewa więcej taktu niż ty. O!
Powiedziała wesoło, po czym poprawiła swoją sukienkę i siadając w pozycji pionowej obrzuciła chłopaka radosnym spojrzeniem, które bywało bardzo typowe w jej zachowaniu.
- Ekhm... Tak, tak - oczywiście - skomentowała śpiewnie, co właściwie oznaczało mały sarkazm.
Słysząc pozycje, które Ślizgon tak pewnie i bez zastanowienia wymienił, były typowe dla standardowego Ślizgona, co wywołało u Bradford kolejną fale wesołości. Przynajmniej teraz nie miała żadnych wątpliwości, że chłopak sięga do jakiejkolwiek pozaprogramowej lektury. Nawet można powiedzieć, że urósł w jej oczach, do czego oczywiście Rose się za żadne skarby nie przyzna.
- Niewątpliwie są to książki czarodziejów, którzy zapewne uczyli się w Hogwarcie będąc w Slytherinie - dodała, puszczając oczko w stronę swojego towarzysza.
Słysząc jego pytanie, machnęła bezradnie ręką w geście, że ma się nie krępować.
- Możesz - zakomunikowała zdziwiona.
Gryfonka nie chciała mówić tego na głos, ale było jej bardzo miło, że Victor przed konsumpcja ostatniego kawałka czekolady zapytał się ją o zdanie. To już jakiś plus!
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Victor Cape on Sro 8 Cze - 14:20

Ślizgon nie był, aż tak pewny, czy Nicole ma więcej taktu niż on, dlatego po prostu krzywo się uśmiechnął.
- W "Kiedy dobro zamienia się zło" można doszukać się podobnych miejsc, do tych w Hogwarcie, więc prawdopodobnie Ulpham uczył się w tej szkole. - odparł pochłaniając kostkę czekolady.
W końcu ciężko nie porównać opisywanego w książce lasu, do Zakazanego Lasu, albo sali jadalnej do Wielkiej Sali. Wszystko było zbyt do siebie podobne.
Chłopak wstał, a następnie wsunął dłonie do tylnych kieszeni spodni.
- Następnym razem jakąś ci pożyczę. - odparł, pocałował Rose w czoło i poszedł, bo szczerze mówiąc za bardzo się objadł.
avatar
Victor Cape
Uczeń

Liczba postów : 76
Czystość krwi : Czysta
Skąd : Dublin, Irlandia

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Rose Bradford on Sro 8 Cze - 15:53

Patrząc spokojnie na Ślizgona, Rose słuchała go uważnie, analizując jego słowa. Może faktycznie powinna przyjrzeć się tej książce nieco bliżej?
- Bardzo chętnie bym ją od ciebie pożyczyła - odpowiedziała śmiało, uśmiechając się promiennie do Victora.
Po chwili doznała szoku, czując jak Cape całuje ją w czoło. Zaczerwieniła sie lekko, ale nic nie powiedziała. Pomachała mu wesoło na przegnanie, po czym jeszcze chwile odprowadziła go wzrokiem. W końcu wzięła swoją mugolską książkę do ręki i ponownie zaczęła ją czytać. Trwało to może z 20 min, gdyż Bradford stwierdziła, że nie jest się wstanie dłużej skupić i oddaliła się w stronę dormitorium.
avatar
Rose Bradford
Uczeń

Liczba postów : 98
Czystość krwi : 3/4
Skąd : London

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Edward Hoytenberry on Nie 4 Wrz - 22:05

Początkowo na dziedzińcu znajdywało się wciąż kilka osób, przewijających się nieustannie; jedni odchodzili, drudzy przychodzili, i tak nieprzerwanie od kilku dobrych godzin. Edward właściwie stracił poczucie czasu. Przysiadł na jednej z ławek dobre kilka minut po obiedzie. Dokładniej to prawie się na niej położył, bowiem rozłożył nogi, czasem zginając jedną w kolanie, bądź zmieniał diametralnie na moment pozycję, by wrócić do poprzedniej, zdawać by się mogło, że najwygodniejszej dlań. W obecnej chwili ziewnął, nie bacząc na maniery, jego dłoń tylko przewróciła stronę Drakuli. Może pokocha mugolską literaturę i to nie wyłącznie przez fakt, że tą, którą czyta jest o wampirach, a dla swojego brata mógłby nawet nim pozostać. Ach, ta braterska miłość! Chociaż Jules i tak zapewne z chęcią by go przebił drewnianym kołkiem i to bez tego, gdyby tylko mógł bez ponoszenia konsekwencji.
Edward, oderwał się na kilka sekund od lektury spostrzegłszy, iż na zewnątrz było prawie czarno - jedynie półksiężyc oraz gwiazdy były jasnymi punktami na niebie. Nic sobie zbytnio z tego nie czyniąc - właściwie nie pokwapił się na to, by spojrzeć na zegarek - oparł się o kamienną ławkę, ściągając z niej nogi, i rozłożył je tym razem przed siebie, krzyżując stopy. Teraz było znacznie lepiej, na chwilę. Rzuciwszy jeszcze jedno krótkie spojrzenie na dziedziniec wrócił do lektury, nie wzruszony tym, że został na nim sam.

avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Astrid Sanseigne on Wto 6 Wrz - 21:25

Dzień bez dwóch zdań schylił się ku ostatecznemu końcowi. Ciemności zapadły, księżyc rozświetlił niebo i chmury, gromadzące się wokoło, aż światło gwiazd nieco pobladło. Ale kto by się przejmował takimi sprawami? Na pewno nie osoba, twardo stąpająca po ziemi i nie zwracająca najmniejszej uwagi na piękno przyrody, romantyczny nastrój wieczoru i inne pierdoły. I do takich osób bez dwóch zdań należała panienka Sanseigne. Dla niej liczyły się ważniejsze sprawy - jak wypracowanie na jutro, ćwiczenia nadgarstka na zaklęcia, wypad do działu Ksiąg Zakazanych, opieprzenie trzecioklasistów, którzy zdemolowali dzisiaj rano pokój wspólny, no i patrol, rzecz jasna. A patrol to rzecz święta! Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo zawsze można spotkać kogoś, kto zdecydowanie nie powinien szlajać się po zmroku, robiącego coś niedozwolonego!
Skręciła za róg, wchodząc na teren dziedzińca. I już od progu ujrzała, że ktoś w najlepsze sobie na nim siedzi. Ciszy nocnej co prawda jeszcze nie było, ale przecież taki to się może zapomnieć i jeszcze nie wróci do dormitorium na czas.
Podeszła bliżej, przyglądając mu się z uwagą. Od razu rozpoznała chłopaka. Choć bliżej się z nim nie zadawała (fuuuj, Gryffindor!) to jednak wiedziała, jak się nazywa. Hoytenberry. Chodził z nią na kilka lekcji, a że ona była spostrzegawcza i zwracała uwagę na wiele rzeczy potrafiła zapamiętać twarze po pierwszym dniu. Był jeszcze jeden powód, dla którego doskonale znała owego młodzieńca - berełko władzy, które i on dzierżył w swej dłoni.
- Zepsujesz sobie wzrok, jeśli będziesz czytać w takich ciemnościach - mruknęła cicho, zatrzymując się obok niego - poza tym, mam nadzieję, że pamiętasz o tym, iż niebawem powinieneś udać się na obchód - dodała, odrzucając włosy z twarzy.
W pierwszej chwili nawet nie zamierzała poczekać na jego odpowiedź. Potem jednak stwierdziła, że i tak nie ma nic do roboty, a niebawem będzie musiała obejść szkołę w poszukiwaniu tych, którzy zgubili zegarki, dlatego też przysiadła na skraju ławki w bezpiecznej odległości od niego i ułożyła ręce na podołku, spoglądając przed siebie z wysoko uniesioną głową. Wyglądało na to, że go ignoruje. Ona jednak liczyła na jakieś urozmaicenie czasu. Bądź też brutalne go zabicie. To wszystko zależało od tego, jak bardzo lewkowaty jest szanowny pan Prefekt.
avatar
Astrid Sanseigne
Prefekt

Liczba postów : 14
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Aberdeen, Szkocja/ur. Paryż, Francja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Edward Hoytenberry on Sob 10 Wrz - 11:19

Patrole zawsze niezbyt go frapowały i właściwie nie przykładał się do swoich obowiązków prefekta, chociaż przywileje płynące z tego wyróżnienia z chęcią wykorzystywał. Jeżeli w chwili spotkania krzątającego się po korytarzach ucznia o niedozwolonej godzinie, posiadał w miarę przyzwoity humor, kończyło to się na wypowiedzeniu krótkiej reprymendy, która i tak dawała do zrozumienia, że hulaj duszo ile zapragniesz. Natomiast gdy jego nastój był fatalny to biada temu, kto złamał szkolny regulamin, jeśli go nie złamał również. Częstokroć karał uczniów, bo tak i już, nie omijając swojego domu, można by rzec, iż o tyle dobrze. Nie zależało mu na pucharze domów, właściwie miał to za kompletny idiotyzm, który jest konsekwencją niezdrowej rywalizacji wśród uczniów. Niektórzy są w stanie uczynić naprawdę wiele, aby zdobyć ten czy też puchar Quidditcha. W tym pierwszym chciałby powiedzieć - litości, a w przypadku tego drugiego zbiera mu się na wymioty. Uwielbia ten sport, ale niezbyt mu się uśmiecha granie w jednej drużynie z bandą osób, za którymi nawet nie przepada. Gdyby to on był kapitanem to co innego! Ale najpierw wypadałoby wyrazić w ogóle chęci grania w Quidditcha, no i przede wszystkim dostać się do drużyny, tak więc pozostanie przy szermierce, ze względu na rywalizację o miejsce z bandą idiotów w sporcie czarodziejów. Poza tym nie sądził, by ten cały nabór był doszczętnie sprawiedliwy. Chociaż on i tak by się dostał, bez wątpienia. Może i nawet o tym pomyśli, czy by nie zaszczycić ich swoim talentem!
- Chcesz dołączyć do grona osób, których to martwi? - mruknął nie spojrzawszy nawet na przybyłą osóbkę i nie odrywając wzroku od lektury, chociaż jej obecnie nie czytał. - Zacznę od tego miejsca - powiedział na odczepne. - W połowie patrolu również tu będę - dodał po krótkiej chwili. - Skończę go również tutaj - streścił jej swój obchód i spojrzał na Astrid.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Astrid Sanseigne on Czw 15 Wrz - 14:52

A ona uwielbiała patrole. Niekoniecznie dlatego, żeby komuś dokuczyć odjęciem punktów... No dobra - głównie dlatego. Ale nie zmieniało to faktu, że jako pani prefekt nie mogła po prostu olać patrolu. To było ważne i już. No i należało do jej obowiązków. A ona była sumienną i obowiązkową osobą, więc nie było mowy, żeby zachowała się tak, jak obecny tutaj Gryfon. Mało tego, zachowanie Edwarda najzwyczajniej w świecie było dla niej karygodne. Potępiała je i nie zamierzała tego przemilczeć. Cóż, każdy wiedział, że należała do osób mówiący to, co myślą. Zawsze wyrażała swoją opinię głośno, wyraźnie, dobitnie i nie bała się konsekwencji. Nie obchodziło ją to, czy kogoś zrani swoimi słowami. Miała gdzieś, czy jej zdanie wywrze na drugiej osobie jakiekolwiek wrażenie. Liczył się sam fakt - spełnienie obywatelskiego obowiązku, a całą resztę miała już gdzieś.
Dla niej rywalizacja była niezwykle ważna. Uwielbiała Quidditch, a Puchar Domów był sprawą priorytetową w jej mniemaniu. Dlatego też starała się jak mogła odrobić punkty, które tracili jej nierozgarnięci koledzy. Czasami sama odejmowała kilka z nich, by potem na najbliższej lekcji je odzyskać. Akurat to przychodziło jej z łatwością, więc nie musiała jakoś specjalnie się tym przejmować.
Jeśli chodziło o sport - kibicowała drużynie swojego domu jak mogła. I co roku próbowała dostać się do drużyny. Denerwowało ją to, że ze względu na jej płeć nie chciano jej przyjąć. I tak stawiała się na każdym naborze i, mimo tego, że skreślano ją na wstępie, brała udział w przesłuchaniach. Była uparta - wszyscy o tym wiedzieli.
Przewróciła oczami, prychając cicho pod nosem.
- Jesteś niepoprawny! - wyrzuciła mu dobitnie. - Nie wiem, jakim cudem dostałeś odznakę! Powinieneś choć trochę przejąć się swoimi obowiązkami. A ja, jako twoja "koleżanka" - mruknęła, krzywiąc się przy ostatnim słowie i robiąc znaczącą przerwę - mam obowiązek upomnieć cię i doprowadzić do porządku. - zakończyła wywód, unosząc wysoko głowę i spoglądając na książkę spoczywającą w jego ręku.
- To mugolskie? - zapytała, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.
Dla niej wszystko, co mugolskie, równało się ze beznadziejnym, obrzydliwym, oślizgłym i niepotrzebnym. Ewentualnie takim, które należało jak najszybciej usunąć. A jednak i jej zdarzyło się przeczytać kilka mugolskich książek. Tylko po to, by mieć zdanie na ich temat. Zrobiła to na siłę, z czystym obrzydzeniem i postanowiła więcej tego nie robić, o ile to tylko będzie możliwe.
avatar
Astrid Sanseigne
Prefekt

Liczba postów : 14
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Aberdeen, Szkocja/ur. Paryż, Francja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Edward Hoytenberry on Pon 31 Paź - 12:33

Obywatelski obowiązek, hm, coś takiego dla Edwarda nie istniało. Właściwie to na samo słowo obowiązek robiło mu się tak jakoś milusio! Dostawał wówczas dziwne poczucie, że będzie to czas spędzony na nic nie robieniu, a jako persona, która trwonić czasu wręcz nienawidzi i gardzi takimi osobami, spożytkuje go oczywiście, na nic nie robieniu.
Natomiast swoje - a pfe! - obowiązki prefekta traktował jak... każdy inny obowiązek - jak mu się zachciało to coś zrobił. Nie jego winą przecież było, iż w każdy dzień jego patrolu był kompletnie padnięty! Odpoczynek przecież każdemu się należy, nawet osobie, która powinna być przykładem dla innych. Wkrótce wyjdzie, że każdy degenerat od piątej klasy w dół to wina Edka, gdyż wzorców to nie mają najlepszych. Prawdą powszechnie znaną chyba jest, iż zawsze trzeba na kogoś zgonić winę. Chociaż nie bardzo określanie go mianem deprawatora uraziłoby młodzieńca w jakikolwiek sposób. A nawet jeśli nie to odznaką można postraszyć. Skoro już (nie) musi wypełniać te cholerne obowiązki to chociaż przywilejami się rozerwie. Zawsze to jakaś forma rozrywki, dobre i to, na początek. Gdyby był pilnym panem prefektem, spełniającym swoje obowiązki. Edward czasami sądził, że dziadek musiał sypnąć groszem, gdyż wystarczającą hańbą dla niego był fakt, że jego wnuk trafił do czerwonych. Chciał jakoś podratować przybitego Edka, który wcale nie był z tego powodu przybity. Ale nie ma to jak dobra gra aktorska! Jedna z niewielu umiejętności nabyta podczas wytrawnych przyjęć organizowanych przez arystokrację.
- Jesteś niepoprawny - zaskrzeczał próbując przedrzeźniać Astrid. Owszem, był niepoprawny, ale to nie bardzo mu przeszkadzało w egzystowaniu, a że innym to utrudniało byt to już nie jego wina. Nie zmieni się wyłącznie dlatego, iż ktoś tego od niego oczekuje. Od zarania dziejów był sobą, próbując uświadomić ludziom, że z arystokracją łączą go jedynie więzi rodzinne. Był wolną jednostką, a jego poglądy nie był zależne od statusu społecznego. Większość przez te sześć lat i tak nie zdążyła tego pojąć, i chyba nigdy nie pojmie tego ewenementu... - Mój dziadek zapłacił za nowe zbiory w bibliotece, dziecinko - wyjaśnił Ślizgonce, jakim cudem znalazł się w posiadaniu odznaki prefekta. - Skoro zostaliśmy już przyjaciółmi możesz sobie pójść tam, gdzie mnie nie ma? - zapytał z drwiną, odgryzając się za skrzywienie przy słowie koleżanka. No bo to jego kwestia przecież powinna być! - Tak, i chyba dostałem jakieś wysypki. - Jak to przystało na Edka teatralnie podrapał się po kilkudniowym zaroście. Nie rozumiał tego całego obrzydzenia do wszystkiego, co mugolskie.
avatar
Edward Hoytenberry
Uczeń

Liczba postów : 68
Czystość krwi : godna pozazdroszczenia
Skąd : Irvine, Szkocja

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Skylar Hastings on Sro 7 Mar - 22:55

/nie wiem czy można się wtrącić, ale sesja chyba już wam dawno wygasła

To tak, Skylar Hastings się zirytowała do granic możliwości. Po tym, jak dostała ten list od Lillee[nigdy za dobrze nie mogła napisać jej imienia] przerwała akurat swoją pracę domową z historii magii, która zajmowała już zbyt dużą ilość kartek w jej zeszycie. Miał się wyróżniać ze wszystkich swoimi wywodami, a w praktyce na końcu wyszło lipne wypracowanie. Jej ambicje natychmiast straciły na wadze i musiała skorzystać z chwili odpoczynku w sposób niepodobny do własnego charakteru. Gdzieś tam szperając po spodniach, chwyciła za paczkę papierosów, wsadziła głęboko w kieszeń bluzy i powędrowała na świeże powietrze, wychodząc z salonu krukonów w tempie natychmiastowym. Jej nastrój z każdą mijaną minutą tak się zmieniał, że gdy dotarła na dziedziniec i wyjęła papierosa oraz zapalniczkę, aby odpalić jedną sztukę, westchnęła zrezygnowana i zrzuciła go na ziemię, depcząc butem, jakby zabijała ogromnego pająka.
avatar
Skylar Hastings
Uczeń

Liczba postów : 18
Czystość krwi : mugolska
Skąd : Londyn, Wielka Brytania

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Phoenix Dwerryhouse on Czw 8 Mar - 19:31

Historia magii niezbyt pasjonowała młodego Phoenixa, dlatego też on od samego początku odpuścił sobie pisanie tego wypracowania, które swoją drogą i tak najprędzej wylądowałoby w kominku, niż trafiło do rąk nauczyciela. Tak zwykł robić, wszelkie zbyt dobre dzieła jego rąk musiały poznać ciepło złocistych płomieni. Szkoda tylko, że te w Pokoju Wspólnym Ślizgonów bardziej przypominały kołyszące się w wodzie glony, niźli te pięknie opisywane, złotawo-czerwone pióropusze, pochłaniając ze sboą wszystko i niepozostawiajace śladu.
Niczym on sam.
Porównywanie człowieka do ognia. Tańczącego. W blasku swojej chwały. Bo wszyscy go zachwalali. Każdy lubił ciepło, które dawał. Bez niego cywilizacja nie ruszyłaby do przodu. I w którymż to momencie Dwerryhouse miał być do niego podobny?
Dziewczyna. Skylar Hastings. Szlama. Co trzyma w ręce? Phenix patrzy uważnie, wychodząc z cienia i zmierzając w jej stronę. Papieros? Nieładnie, łamie regulamin. Upomnieć ją? Po co, przecież mogłaby poczęstować. Obstawić. Druga ręka? Zapalniczka? Święte źródło ognia. Złocisty blask miał zaraz podpalić koniec papierosa, uwalniając tym samym duszący dym. Lecz zanim zdołał ujrzeć tańczący na wietrze płomyk, nie było już czego podpalać. Zdeptany. Mokry. Bez szans na zbawienny ogień. Potępiony.
Grymas przebiegł po jego twarzy sprawiając, że jego gładkie rysy wyostrzyły się.
- Marnotrastwo - rzucił leniwie, przyglądając się dziewczynie. Może miała jeszcze kilka takich w zanadrzu?
avatar
Phoenix Dwerryhouse
Uczeń

Liczba postów : 50
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Anglia, Birmingham

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Skylar Hastings on Czw 8 Mar - 22:06

Cóż, Sky była zupełnie przeciwna niszczenia wszystkich swoich notatek, za dużo poświęcała na to czasu, aby tak od sobie bez żadnego ale wyrzucić dzieło pracy do kosza, a tym bardziej do kominka. Nawet pewnie by nie odważyłaby się na chwilę beztroski w jej głowie. Wszystko musiało być poukładane, równe, dopięte na ostatni guzik i w ogóle. Bez tego ani rusz z dormitorium. Haha, mogła nie wyglądać na zbyt mądrą i dobrze myślącą dziewczynę, ale przecież nie wyjęła tego jednego papierosa z byle kieszeni. Zawsze kupowała sobie paczkę podczas dni wolnych, albo wypadów na święta, ukrywając zwykle na dnie walizki. Co ciekawe, jej rodzice nie pofatygowali się nigdy o sprawdzenie rzeczy krukonki przed wyjazdem z domu. Tak samo bywało z nauczycielami. No, niektórymi.
Obróciła się na pięcie zaskoczona, że ktokolwiek jeszcze się tutaj zapuszcza. Widząc ucznia Slytherinu, westchnęła cicho i próbowała powstrzymać się od złośliwego komentarza. Bo przecież oni wiedzieli najlepiej, mogli robić co im się chce, a drażnienie szlam ostatnimi czasy szło im podobno coraz lepiej.
- Jakie marnotrawstwo? E tam, dzisiaj mogę zaszaleć, poza tym nic mi i tak nie ubyło - Odpowiedziała na jednym wdechu, jakby się zaczęła czegoś bać. Dopiero teraz przyjrzała mu się uważniej i usiadła zrezygnowana na ławce obok. - Co tutaj robisz niegrzeczny ślizgonie? Bo na zbieg okoliczności się jakoś nie zgodzę. - Uśmiechnęła się mimo całej dziwnej sytuacji.
avatar
Skylar Hastings
Uczeń

Liczba postów : 18
Czystość krwi : mugolska
Skąd : Londyn, Wielka Brytania

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Phoenix Dwerryhouse on Pią 9 Mar - 13:13

Phoenix był zbyt dumny, by móc beztrosko okazywać przed innymi swoje słabości. Wszystkie lęki, obawy i cały strach przelewał na papier. Ludzie są podstępni, ludzi są źli. Czerpią satysfakcję z cierpienia innych. Oh, ileż on by musiał cierpieć, gdyby taka przypadkowa notatka wpadłaby w niepowołane ręce. Wszystkie przemyślenia. Przecież on nie myśli. Nie oddaje się temu prymitywnemu zajęciu. Nie chciał, żeby inni myśleli, że ma swoje zdanie. Żeby brali go pod uwagę. Od dawna nikt się z nim nie liczył, dlaczego miałyby zajść jakiekolwiek zmiany?
To oczywista oczywistość, że wie wszystko. Ba, wiedział więcej, niż myślał, że wie. Trochę to zagmantwane. Jak jego obecne nastawienie do świata. Niby miał go w dupie, a jednak wciąz go obchodził. Paradoksy.
Uśmiech! Toż to najprawdziwsza czarownica, jak ona czaruje swoja twarzą. Oba kąciki ust uniesione. To chyba jakaś zapomniana sztuka magiczna. Nie wiedział, co miała na celu. Ale wydała mu sie przyjemna. Wydawało się, że Dwerryhouse zapomniał o czymś tak normalnym jak radość. Uśmiech. Nieco zbiła go z pantykału. Zmiennośc kobiet była doprawdy zaskakująca!
- Chciałbym zauważyć, że to ty tutaj łamiesz regulamin - odezwał się, z lekko uniesioną lewą brwią. - Robię to samo, co ty. Olewam wszystko.
Kopnął jakiś kamyczek, stojąc naprzeciwko siedzącej Skylar. Zastanawiał sie, czy nie rozboli ją szyja od ciągłego unoszenia głowy.
avatar
Phoenix Dwerryhouse
Uczeń

Liczba postów : 50
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Anglia, Birmingham

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Skylar Hastings on Pią 9 Mar - 14:59

Oj bo ona taka słoneczna była. Nie zawsze miała takie podejście do wszystkich uczniów w Hogwarcie, patrzyła na tych z czystą krwią poprzez bijącą zazdrość na kilometr i czerpała radość wyłącznie z pływania. Także, uśmiech, jeżeli już się pojawiał na jej bladej twarzy, to pewnie czyste szczęście. Śmiejąca się Skylar to zapowiedź miłej, sympatycznej rozmowy, tudzież nie zamierzała ciskać nieznajomego niewidzialnymi włóczniami z powodu takiego, a nie innego pochodzenia. Uprzedzenie wzięła tymczasowo na bok, powiedzmy. A wiadomo przecież, że jeśli spotyka się dwójka różnych osobowości i to okropnie, może nie być tak fajnie, jak się wydaje.
Whatever. I tak nikt nie zrozumie, jak pokręcona jest Hastings.
- To przyłącz się, mam dzień dobroci - Odparła krótko, zasłaniając sobie dłonią dochodzące do jej twarzy promienie słoneczne, które zaczynały ją wkurzać. I rzeczywiście szyja powoli zaczęła ją nieco pobolewać, więc zerknęła na niego i spróbowała gestem ręki dotrzeć do jego mózgu, aby usiadł, a nie czaił się na nie wiadomo co. - Ej, ale usiąść możesz, mugole nie gryzą. Przynajmniej mi nic o tym nie wiadomo... - Wyszczerzyła się, nadrabiając tą szybkość wypowiadanych słów. - Przejdż na złą stronę mocy. Mam ciasteczka - Zacytowała, wyciągając na przeciwko niego wspomnianą wcześniej paczkę papierosów, w sumie nie zwracając uwagi na to, czy łamie ten cholerny regulamin, czy też nie. Przecież nikogo tutaj nie było. Zawsze przed wyjściem na papierosa, sprawdza miejsce kilkakrotnie. Nie licząc jego.
- Mogłeś iść się poskarżyć nauczycielom wcześniej. Ślizgoni są zadziwiający - Wytłumaczyła, mrużąc oczy podejrzliwie. Nie potrafiła siedzieć cicho i przytakiwać, tak jak reszta.. no część dziewcząt w szkole podczas rozmów z chłopakami. Nie czuła tej nieśmiałości, czy zmieszania; była sobą i powtarzała to każdej przyjaciółce. O ile były na tyle silne psychicznie, co ona - Ale jak widać, nie taki diabeł zły jakim go malują. Hm? - Ponagliła go, nadal utrzymując uśmiech.
avatar
Skylar Hastings
Uczeń

Liczba postów : 18
Czystość krwi : mugolska
Skąd : Londyn, Wielka Brytania

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Phoenix Dwerryhouse on Pią 9 Mar - 16:07

A jednak! Dwerryhouse niemal się uśmiechnął po usłyszeniu uwagi o "dniu dobroci" Krukonki. Zadziwiające, jak te kobiety potrafią być zmienne! Jeszcze minutę temu wzdychała zrezygnowana, gdy go ujrzała, a teraz śmiała się do niego, zapraszała obok na ławkę i częstowała papierosami (czyli jednak miała więcej tych cudeniek). Ryzyko. Ktoś ich zobaczy. Hańba dla niego, czy dla niej? Ślizgon w towarzystwie szlamy. Co by pomyśleli jego znajomi? Niliczni. Znikomi wręcz. Nieistniejący. Wyimaginowani? Nie, jego przyjaciele są jak najbardziej realni. Lecz nie otaczali go w tym miejscu. Bezpieczeństwo?
Lecz wciąż strach. Lęk przed zdemaskowaniem. Chwila, moment! Zdemaskowaniem czego? Prawdy? Że tak naprawdę ma głęboko gdzieś, co myślą ludzie? Te przebrzydłe prymitywy, do których zmuszony był należeć. Ta obrzydliwa rasa. Że zakpią z niego? Nie raz kpili, nie dwa. Ale przecież jego to obchodzi? Nie? Tak. Nie. Tak? Mętlik w głowie.
Zawahał się, patrząc to na Skylar, to na paczkę papierosów, to gdzieś dookoła, upewniając się, iż nie są obserwowani. Byli? Nie wiedział. Podejrzewał, lecz nie miał pewności. Ryzyko. Podejmie je?
Najwyraźniej tak, bo już siedzi obok dziewczyny i przejmuje od niej zapalniczkę. Tak długo wyczekiwany moment. Ogień. Tańczy. Gaśnie. Tańczy znów. Wziął głeboki oddech i z westchnieniem wypuścił dym z ust. Tak dawno tego nie robił. Prawie zapomniał.
- Po co mam skarżyć, skoro siedzimy w tym razem? - zapytał po chwili, przyglądając się jej twarzy. - Byłbym skończonym idiotą, gdybym wydał sam siebie, żeby podręczyć szlamę i załatwić jej szlabanik - dodał i odwrócił głowę.
avatar
Phoenix Dwerryhouse
Uczeń

Liczba postów : 50
Czystość krwi : 3/4
Skąd : Anglia, Birmingham

Powrót do góry Go down

Re: Dziedziniec wieży zegarowej

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach